Zjazd Towarzystwa Karkonoskiego 1914 rok.
Bolków, wtorek 2 czerwca 1914 roku
Jest pogodny, niemal upalny poranek. Już od świtu stacja kolejowa w Bolkenhain (Bolków) zaczyna pulsować życiem. Z parowozów buchają obłoki pary, gdy zajeżdżają pociągi. Z wagonów wysypują się eleganccy pasażerowie – uczestnicy 34. Głównego Zgromadzenia Towarzystwa Karkonoskiego, przybywający z Breslau (Wrocław), Hirschberg (Jelenia Góra), Landeshut (Kamienna Góra), Waldenburg (Wałbrzych), Schreiberhau (Szklarska Poręba), Bunzlau (Bolesławiec), Liegnitz (Legnica), Harrachsdorf (Harrachov), Johannisbad (Jańskie Łaźnie), Hohenelbe (Vrchlabí), Bad Liebwerda (Lázně Libverda), Gablonz (Jablonec nad Nisou) i wielu innych miejscowości po obu stronach Karkonoszy.
Na peronie orkiestra strażacka z Bolkenhain, która wita gości podniosłym marszem Radetzkiego. Nadciągają grupy pieszych – każda niosąca swój proporzec, totem oddziału Towarzystwa. Inni przybywają pojazdami konnym przystrojonymi w girlandy, niektórzy jadą pierwszymi w regionie omnibusami spalinowymi.

Miasto błyszczy w świątecznym przybraniu. Z balkonów zwisają girlandy z liści i kwiatów, flagi powiewają na każdym budynku. Ulice pachną świeżym sianem, a z okien domów dochodzą głosy dzieci wypatrujących dostojnych gości.
Na rynku pojawiają się kolorowe stragany – Smak Karkonoszy – co goście z apetytem kupowali i kosztowali na straganach
Rynek w Bolkowie wypełnił się zapachem świeżo wypiekanych bułek, aromatycznych ziół i dymu z palenisk, przy których piekły się karkonoskie kiełbasy z dziczyzny. Stragany uginały się od regionalnych przysmaków, a goście z różnych zakątków Karkonoszy i ich przedgórza z radością próbowali lokalnych delicji. Szczególnym powodzeniem cieszyły się sery górskie – od twardego sera z Krummhübel, zawijanego w liście chrzanu, po miękki Hirtenkäse z hal ponad Schreiberhau, podawanego na kromce chleba.
Spacerując między stoiskami, można było skosztować także wędlin wędzonych nad bukowym drewnem i jałowcemi, oraz słoniny speck krojonej w cienkie, niemal przeźroczyste plastry, która rozpuszczała się w ustach. Dla amatorów słodkości przygotowano makowe strucle z Kamiennej Góry, pierniki z Hirschberg i waniliowe buchteln z Hohenelbe, które znikały z koszyków w okamgnieniu.
Na stoisku z napitkami nie brakowało orzeźwiającego kwasu chlebowego i słodkiego syropu z pędów sosny, chętnie podawanego dzieciom. Dorośli zaś chętnie sięgali po kieliszek słynnego Riesengebirgslikör – ziołowego trunku destylowanego według dawnych receptur z Bad Warmbrunn, o intensywnym aromacie dziewięćsiłu, arcydzięgla i jałowca. Popularne były też nalewki z jarzębiny i jagód, domowej roboty, które rozgrzewały w chłodniejsze godziny poranka. Na niektórych stoiskach można było zamówić kufel ciemnego Schwarzbacher Dunkel z Lubawki lub lekkiego, pszenicznego piwa sprowadzanego z czeskich browarów w Harrachovie i Vrchlabí.
W kącie rynku, przy stoisku z grzybami marynowanymi, unosił się wyrazisty zapach rydzów z Hal – serwowanych w małych glinianych miseczkach, idealnych jako zakąska. Masło z czosnkiem niedźwiedzim, sprzedawane w glinach formach, roztapiało się na świeżym chlebie, wzbudzając zachwyt nawet wśród wytrawnych smakoszy.
Goście biesiadowali, rozmawiali, kupowali lokalne specjały do koszy i kufrów podróżnych, nie szczędząc pochwał dla gospodarzy. Podobno hrabia Harrach z Jimelnic szczególnie upodobał sobie śliwowicę karkonoską z czeskiej strony i zabrał do powozu dwie karafki. Hrabia Calm von Gallas z Morchenstern z kolei dopytywał o możliwość nabycia większej ilości miodu wrzosowego z Michałowic, „idealnego do porannej herbaty w pałacowym ogrodzie”.
Wszystko to tworzyło niepowtarzalny obraz Karkonoszy – pachnący chlebem, zielem angielskim, suszonymi ziołami i owocami leśnymi, zamknięty w smaku i zapachu, którym można było się delektować jeszcze długo po zakończeniu jarmarku.
Rozmowy nad serem, chlebem i śliwowicą
Między straganami unosił się nie tylko zapach smakołyków, lecz również szmer rozmów i ożywionych dyskusji. Urok regionalnych specjałów działał na gości tak skutecznie, że nawet najdostojniejsi panowie zrzucali surduty, z uśmiechem mieszając się z tłumem.
— „Czyż to nie pachnie jak u mojej babki w Starkenbach?” – westchnął hrabia Harrach, próbując ciepłego chlebka z kminkiem i ziołowym masłem. — „Czasem tęsknię bardziej za tym smakiem niż za wiedeńską kawą.”
Przy stoisku z serami z Krummhübel stali dwaj eleganccy dżentelmeni. Jeden z nich, z brodą przystrzyżoną w stylu francuskim, spoglądał z uznaniem na kawałek twardego sera owiniętego w liście chrzanu.
— „Toż to poezja mleczarska, mój drogi!” – powiedział teatralnie. – „Niech pan zapakuje mi ten największy kawałek. Żona zachwyci się jego pikantnością… chyba że sama go wcześniej zje!”
Z kolei przed stoiskiem z piernikami rozmawiały dwie panie w kapeluszach z woalkami. Jedna z nich, miejscowa dama z Bad Warmbrunn, prezentowała koleżance piernik w kształcie jelenia.
— „To wyrabia panna Rösler z Cieplic. Przepis odziedziczyła po ciotce z Hirschberg – a ta z kolei po kucharce z zamku Buchwald!” – pochwaliła się z dumą.
Nieco dalej, przy beczce z jarzębinówką, wesoło gwarzyli dwaj przewodnicy karkonoscy, odziani w regionalne peleryny i skórzane pasy:
— „Panie Otto, jeszcze po kieliszku tej jarzębinowej łagodności?”
— „A czemuż nie! Na zdrowie hal i świerków – i na pomyślność wszystkich, co szlakiem Ducha Gór stąpają!”
Sam Otto Krauß, właściciel znanego schroniska Hampelsbade (Srzecha Akademicka), widziany był jak z uśmiechem degustował likier z piołunem. Gdy go zapytano o opinię, odparł:
— „Tak dobry, że mógłby go pić sam Císařpán na śniadanie… choć pewnie jego medyk by nie pozwolił.”
Wśród gawęd i śmiechów słychać było dźwięki rogu myśliwskiego, którym jeden z lokalnych muzykantów odgrywał hejnał na cześć gości. Atmosfera była tak radosna i serdeczna, że wielu zapowiedziało już powrót za rok — z pustymi kuframi i pełnymi apetytami.
Scenki z jarmarku – smak, zapach i uśmiech
Przy stoisku z konfiturami i miodami starsza gospodyni z Piechowic prezentowała swoje słoiczki z dumą, jakby były to precjoza z królewskiego skarbca.
— „To nie jest zwykła borówka, panie hrabio! To borówka z północnego zbocza Grzybowca – tam słońce późno zachodzi, a rosa długo się utrzymuje. Smak głębszy niż spowiedź!”
Hrabia Calm von Gallas, zachwycony jej entuzjazmem, kupił aż trzy słoiczki – „na prezenty… albo i nie”. Po chwili przy stoisku z miodem próbował wrzosowego.
— „Ten smak… przypomina mi dzieciństwo w Smržovce. Pachnie jak sierpień w lesie.”
Na skraju rynku, młody pomocnik piekarza z Kamiennej Góry, ledwie dorastający chłopak w lnianym fartuchu, rozdawał ciepłe kawałki strudla z makiem. Przechodzący wójt Bolkowa, pan Reimann, zażartował:
— „Synku, jak tak dalej pójdzie, to będziesz burmistrzem Kamiennej Góry szybciej, niż ci wyrośnie broda!”
Chłopak rumienił się po uszy, a kolejka po strudel tylko rosła.
Przy kramie z karkonoską kiełbasą z dziczyzny, dwóch turystów z Berlina kręciło nosem:
— „To chyba zbyt dzika sprawa dla naszych żołądków…”
Sprzedawczyni, kobieta z Przesieki, roześmiała się krótko:
— „To nie dla mięczaków, to dla tych, co po górach chodzą, a nie po bulwarach!”
Na koniec i tak kupili – „z ciekawości” – i wrócili po dokładkę po dziesięciu minutach.
U muzykantów, lokalna kapela złożona z trzech skrzypków, cymbalisty i rogacza z rogiem myśliwskim, grała walczyka, a kilka dam z Cieplic i Jablonca zatańczyło w kręgu z dziećmi, ku radości całej gawiedzi. Gdy muzycy skończyli, ktoś wrzucił im do kapelusza słoiczek konfitury z jarzębiny.
— „Najlepszy napiwek świata!” – śmiał się skrzypek, już oblizując łyżeczkę.
Pod koniec dnia, gdy słońce chyliło się za wieżę zamku w Bolkowie, grupka młodych turystów z Hirschberg śpiewała na głosy starą pieśń górską:
„Im Riesengebirge, so hoch und so frei,
Dort lebt der Geist, der alte, treue – Rübezahl!”
Przysłuchiwali się im starsi goście, z kieliszkami śliwowicy w rękach. Wszyscy zgodnie przyznawali – takiego jarmarku nie było od lat, a może i od stulecia.
Z samego rana, na znak rozpoczęcia wydarzenia, z wieży ratusza rozbrzmiewa hejnał zagrany na rogach myśliwskich przez artystów z Jägerkapelle z Hirschberg.
W hotelu „Kaiserhof” panuje gorączka przygotowań. Kucharze tłuką kotlety schabowe, głośno dźwięczą tłuczki i noże. W wielkich kotłach pyrkają kartofle. Wspomaga ich zespół kucharzy z restauracji „Zur Krone” i „Goldene Gans”. Piwnice hotelowe wypełniają się beczkami dobrze schłodzonego piwa z browaru „Schwarzbach Bräu” z Liebau (Lubawka). Dostawca win, Johann Klinger, właściciel „Weinhandlung Klinger & Söhne” z Landeshut, ustawia w srebrnych misach butelki schłodzonego Rieslinga i szampana z Rüdesheim.

W domu burmistrza Feige, służąca Rosa starannie prasuje białą koszulę, nakrochmalony kołnierzyk i mankiety, przygotowując smoking gospodarza.
O godzinie drugiej po południu rozpoczyna się oficjalna część zgromadzenia. Znakiem rozpoczęcia wydarzenia, jest hejnał na rogach myśliwskich zagrany przez artystów z Jägerkapelle z Hirschbergzagrany z wieży ratusza.
W sali obrad pojawiają się dostojni goście – hrabia Friedrich Schaffgotsch z Bad Warmbrunn (Cieplice), hrabia Johann Harrach z austriackich St. Joachimsthal i Hohenelbe (Jimelnice i Vrchlabí), oraz hrabia Franz Calm von Gallas, właściciel majątku w Morchenstern (Smržovka). Wśród gości obecni są też właściciele schroniska Hampelsbade – Otto Krauß i jego żona Mathilde, ubrana w kremową suknię z koronkowym gorsetem. Obecny jest również przemysłowiec Robert Neugebauer z Greifenberg (Gryfów), profesor botanik Karl Mann z Breslau, a także książę Victor zu Ratibor, miłośnik Karkonoszy.
Zgodnie z protokołem, jako pierwszy przemawia Der Vorsitzende des Hauptvorstandes des Riesengebirgsvereins, Tajny Radca Sądowy (Geh. Justizrat) Sehdel. W głębokim, spokojnym głosie przypomina:
– Karkonosze uczą nas pokory wobec natury i historii. Gdy wspinamy się na ich grzbiety, odczuwamy jedność z naszym dziedzictwem i przyszłością naszego narodu. Niech Towarzystwo Karkonoskie będzie zawsze tym, co łączy, nie dzieli.
Następnie głos zabiera burmistrz Feige z Bolkenhain, dziękując za wybór miasta na miejsce zgromadzenia:
– To dla nas wielki zaszczyt. Niech ta wspólnota, zrodzona z miłości do gór, trwa przez pokolenia. Serdecznie witam wszystkich w Bolkenhain!
Kolejny mówca, mistrz budowlany Meißner, reprezentujący lokalny oddział Towarzystwa, z dumą opowiada o wkładzie mieszkańców Bolkowa w przygotowanie uroczystości.
Następnie występuje Fabrikbesitzer Siift aus Hohenelbe (Vrchlabí), przedstawiciel austriackiego Towarzystwa Karkonoskiego:
– Nie ma dziś granic w miłości do gór! Niemieckie i austriackie serca biją zgodnie, gdy stajemy razem na karkonoskich szczytach. Te góry są naszym wspólnym domem!
Koło godziny piątek przez miasto przemaszerowuje uroczysty pochód – proporce, orkiestry, śpiewy. Przemarsz kończy się w hotelu „Deutscher Kaiser”, gdzie przy długich stołach zasiada blisko tysiąc osób. Starosta Landrat von Loesch wznosi kielich i mówi:
— Miłość do cesarza jest miłością do naszej ziemi! Niech żyją Karkonosze – bastion naszego ducha i miłości do ojczyzny!
Goście odpowiadają entuzjastycznym:
— Hoch! Hoch! Hoch!
Podczas popołudniowego koncertu, śpiewaczka z Breslau, Fräulein Ilse Neumann, wykonuje cykl pieśni Roberta Schumanna do słów Josepha von Eichendorffa. Szczególnie wzrusza utwór „Abschied vom Walde” – „Pożegnanie lasu”, który wywołuje łzy w oczach niejednej damy w kapeluszu z szerokim rondem.
Na zakończenie występu górale karkonoscy w tradycyjnych strojach intonują pieśń „Bergwind, bleib bei uns” – pieśń o wietrze górskim, który niesie wolność i siłę.
Wieczorem nadchodzi kulminacja dnia – iluminacja zamku Bolkoburg. Mury średniowiecznej twierdzy lśnią w blasku pochodni, latarni i kolorowych reflektorów. Oklaski nie cichną.

Nikt nie przeczuwa, że to ostatnie lato pokoju.
Nazajutrz, w Berlinie, w gmachu Ministerstwa Wojny przy Leipziger Straße, urzędnicy maczają stalówki w atramencie. Zaczyna się pisanie wojennych rozkazów. Zaczyna się sezon uczestnicy zjazdu Riesenbergervrein mają wkrótce wyruszyć w góry, ale Szef Sztabu Generalnego Armii prukiej Generał pułkownik Helmuth von Moltke, pruski Minister Wojny: Generał piechoty Erich von Falkenhayn, sam cesarz Wilhelm i jego Szef Gabinetu Wojskowego Cesarza Wilhelma II: Generał pułkownik Moriz von Lyncker mają inne plany -szykują się do nowej epoki – epoki, która spali Europę w ogniu wojny.
Sezon górski właśnie się zaczyna, ale nadciąga coś więcej niż burza. Nadciąga Wielka Wojna. Już wkrótce wielu z tych, którzy dziś świętują w Bolkowie, znajdzie się pod Tannenbergiem, w Karpatach, w błocie Galicji, w okopach pod Verdun, Sommą, Passchendaele, na polach krwawych bitew na Wołyniu.
W ziemi niczyjej będą leżeć ich ciała – bez grobu, bez modlitwy, ze wzrokiem utkwionym w niebo, które 2 czerwca 1914 roku było tak błękitne. W najbardziej krwawych bitwach zginie milion żołnierzy, w tych mniejszych pół miliona a w innych tyko po sto tysięcy.
W miejscowościach skąd pochodzą, staną pomniki upamiętniające mieszkańców poległych w czasie Wielkiej Wojny.
Ale dziś jeszcze trwają toasty, śmiech, muzyka. Dziś Karkonosze jeszcze śpiewają.
