SportSprzęt

Co mi daje nordic walking


Andrzej Perkowski – niezmordowany piechur, rowerzysta i kajakarz, członek UKT UNIKAT. Miłośnik Suwalszczyzny i Podlasia, z sercem otwartym na przyrodę i okiem czujnego obserwatora. Wolontariusz WOŚP, pasjonat kolei i oddany przyjaciel Egera – owczarka niemieckiego, z którym przemierza leśne ścieżki i pola.

Marek: Andrzeju, powiedz mi, co właściwie ciągnie Cię do tego nordic walkingu? Bo wiem, że z kijami chodzisz regularnie – i to nie od wczoraj!

Andrzej: Oj Marek, to nie jest tylko chodzenie z kijami. To cały rytuał, sposób na oderwanie się od codzienności, zadbanie o zdrowie, a przy okazji – świetna okazja do pogadania z ludźmi. Nordic walking to nie tylko sport – to styl życia.

Marek: A kiedy się zaczęło?

Andrzej: Wiesz co, początki to były jakieś 20 lat temu. Takie nieśmiałe kroki – dosłownie. Trzy razy w tygodniu z grupką znajomych, wieczorami, maszerowaliśmy po Ursusie. Na początku krótkie trasy, potem trzy kilometry – a i tak człowiek czuł, że się rusza. Kijki jeszcze nie były profesjonalne, technika też kulała. Ale atmosfera? Kapitalna. Rozmowy, śmiech – i świeże powietrze.

Marek: Czyli bardziej spacer z kijami niż prawdziwy trening?

Andrzej: Wtedy tak. Ale przyszła wiosna, Małgosia wróciła z kursu, gdzie miała zajęcia z instruktorem. Zaczęła nas poprawiać – jak trzymać kij, jak pracować ramionami. Zrobiło się bardziej profesjonalnie. Niestety, Ewa się przewróciła na śliskim chodniku, kontuzja – i odpadła. A grupa jakoś się rozpadła przed wakacjami.

Marek: Ale Ty nie dałeś za wygraną?

Andrzej: I to z przytupem. W 2015 byłem w sanatorium w Polańczyku. Tam przy jednym stole usiadłem z przesympatycznym małżeństwem – Gosią i Januszem z Rybnika. Gosia z tych rozmownych, Janusz – człowiek pasji. Okazało się, że on to prawdziwy zawodnik, trenuje nordic walking na serio, startował w mistrzostwach Polski. Wspólnie chodziliśmy po bieszczadzkich szlakach, zdobyliśmy razem kilka szczytów. To wtedy Janusz pokazał mi, jak się maszeruje naprawdę – z kijami, z rytmem, z techniką.

Marek: Bieszczady uczą pokory, ale i dają energię. A potem?

Andrzej: Potem znowu powrót do roweru – jeżdżę dużo po okolicach. Najchętniej po dawnym poligonie wojskowym albo w stronę Jańca nad Wkrą. Czysta przyjemność. Rower, aparat i pies – Eger, mój owczarek niemiecki. Gdy był młodszy, robił ze mną po 10 km na piechotę. Spacery z nim, aparat w ręce albo po prostu telefon – no i człowiek czuje się wolny. W czasie tych wycieczek robiłem dużo zdjęć przyrody. Na początku nosiłem ze sobą aparat fotograficzny, ale z czasem gdy w smartfonach pojawiły się całkiem niezłe obiektywy , można było robić bardzo poprawne zdjęcia. Jest to przydatne podczas kilkudniowych rajdów rowerowych. Sakwy rowerowe mają nie dużą pojemność, a muszą pomieścić odzież, sprzęt i wyżywienie, więc mając telefon z aparatem fotograficznym mogłem zostawić w domu aparat fotograficzny.

Marek: No dobrze, ale przełom nastąpił w zeszłym roku, prawda?

Andrzej: Tak, w 2023. Pewnego dnia spotkałem w lesie pod Kobyłką grupę ludzi maszerujących z kijkami. Profeska. To była grupa Kijki Z Kobyłki. Porobiliśmy sobie zdjęcia, a jedna z pań poprosiła, żebym wrzucił je na ich Facebooka. Tak się zaczęło – zaprosili mnie na wspólny trening. I wiesz co? Poszedłem. Choć pierwszy trening był… oj ciężki. Zero kondycji, kijki trekkingowe – czyli nie te, co trzeba.

Marek: Ale przecież zostałeś z nimi?

Andrzej: I to jak! Wziąłem następnego dnia kije żony – prawidłowe do nordic walkingu – i jakoś poszło. Co prawda szedłem na końcu grupy, ale nikt mnie nie poganiał. Instruktorki – Agnieszka i Iwona – pełna kultura i cierpliwość. A grupa? Życzliwość, śmiech, wsparcie. Nawet pseudonim mi nadali – „Paparcci”, bo lubię robić im zdjęcia i wrzucać na fejsa. Ale wiesz, nie wszystkim się te zdjęcia podobają – zwłaszcza jak ktoś na nich wygląda „zmęczony”… (śmiech)

Marek: A powiedz jeszcze – od czego właściwie zaczynacie trening? Po prostu bierzecie kijki i ruszacie w las?

Andrzej: Oj nie, Mareczku! To nie rajd na dzika. (śmiech) Każdy trening zaczynamy od rozgrzewki – i to naprawdę porządnej. Takiej nordikowej, z naciskiem na ramiona, barki, biodra i stawy. Robimy krążenia, wymachy, przysiady – wszystko z kijami w rękach albo przy ich pomocy. Dzięki temu mięśnie się budzą, stawy się oliwią, a kontuzje omijają nas szerokim łukiem.

Marek: Czyli nie da się tego ominąć?

Andrzej: No pewnie, że się da. Ale potem wracasz do domu i czujesz, że coś Ci „przeskakuje w kolanie”, a drugiego dnia nie możesz wstać z łóżka. Rozgrzewka to podstawa – serio. Po niej dopiero ruszamy na trasę. A po marszu – nie koniec! Obowiązkowe rozciąganie. Kto nie rozciąga się po treningu, ten płacze rano. (śmiech)

Marek: Czyli nordic walking to nie tylko „chodzić z kijami”?

Andrzej: Oj nie, to cały rytuał. I bardzo zdrowy! Ruch na świeżym powietrzu. Dotlenienie. A do tego rozmowy – serio, nie ma lepszego „gabinetu terapeutycznego” niż las w czasie marszu. Rozmawiamy o podróżach, o życiu, o dzieciach. I ani słowa o chorobach. Po prostu pozytywna energia.

Marek: A sama trasa?

Andrzej: Kapitalna. Maszerujemy przez fragment dawnej Puszczy Słupeckiej, między Kobyłką a Wołominem. Lasy łęgowe, olsy, sosny, brzozy. Czasem dziki, czasem łania, a najczęściej psy prowadzące swoich ludzi. Mamy swoje przystanki, rozciąganie, „przysiady Janka”. I oczywiście – Kozia Górka. 102 metry n.p.m. – nasz lokalny Everest!

Marek: A jak sobie radzicie jesienią i zimą i na początku wiosny gdy dzień jest krótki, przecież zaczynacie marsz o 18.30?

Andrzej: Czołówki na głowy! Serio. Las w świetle latarek wygląda jak z bajki… albo filmu grozy. Cienie, światła, szept liści. A my idziemy. Cicho. Skupieni. I szczęśliwi.

Marek: A po wszystkim?

Andrzej: Rozciąganie, uśmiechy, planowanie kolejnego marszu. Rok temu po pierwszym treningu zastanawiałem się, czy w ogóle dam radę się ruszać następnego dnia. Teraz? Wracam do domu i zastanawiam się, czy jeszcze nie pójść z psem na krótki spacer. Na koniec marszu, na parkingu, jeszcze pięć minut rozciągamy się. Cały trening z marszem średnio trwa około półtorej godziny. Dotlenieni wracamy do domu.

Marek: Andrzeju, brzmi jak gotowy przepis na zdrowie i dobre życie.

Andrzej: Bo dokładnie tym jest nordic walking. Przepisem na zdrowie, który warto sobie doprawić uśmiechem, towarzystwem i lasem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *