Podróż Hermanna Schneidera w Góry Izerskie w 1927 roku
Opowiadanie
Zanim zapadnie noc.
Pochmurny, jesienny dzień. Mgły suną nisko nad lasem, a krople deszczu cicho uderzają o kapelusz. Góry Izerskie milczą – tak, jakby same wstrzymały oddech.
Nie wiem, co mnie tam naprawdę pchnęło. Może znużenie codziennością, może zwykła ciekawość, a może – nie pierwszy raz – tęsknota za spokojem i ciszą. Tą prawdziwą, głęboką ciszą, której nie zmąci ani stukot końskich kopyt, hałas automobilu czy krzyk ulicznego handlarza.
To była jesień 1927 roku. Poprzedniego dnia wieczorem przyjechałem pociągiem z Wrocławia do Jeleniej Góry
Rano miałem wyruszyć z Jeleniej Góry (Hirschberg) w Góry Izerskie.
Mogłem wprawdzie pojechać koleją znacznie dalej, ale postanowiłem, że muszę nabrać dystansu do codzienności i w Góry Izerskie dojść pieszo od samego dworca kolejowego.
Jednak dobre śniadanie zjedzone w Hotel Zum Braunen Hirschen nieco mnie rozleniwiło. Deszcz padał a ja pijąc kolejną kawę wpatrywałem się w mapę.

Postanowiłem skrócić nieco mój marsz i pojechać tramwajem do Podgórzyna. Malownicza jazda nad Stawami Podgórzyńskimi a potem końcowy przystanek w Podgórznie. Od przystanku Hirschberger Talbahn Ober-Giersdorf wspinam się w kierunku Zachełmia (Saalberg) i dalej spieszę do Jagniątkowa (Agnesdorf). Jestem umówiony z panem Gerardem Hauptamanem i jego małżonką panią Margaretą na obiad i oglądanie polichromii, namalowanej w jego domu przez Johannesa Maximiliana Avenariusa. Państwo Hauptmanowie jak zwykle niezmiernie mili, nalegali abym w taką pogodę nie ruszał w dalszą drogę i zatrzymał się u nich. Było mi jednak jest mi nieco niezręcznie, więc odmawiam.
Po obiedzie kawa a potem gospodarz oprowadza mnie po swoim domu Wiesenstein (Łąkowy Kamień). Podziwiam polichromię, sprawia ona niezwykle mocne wrażenie i zapada w pamięć jako mitologiczne przestawienie mocy gór i żywiołów, intensywność barw, rośliny zwierzęta i postaci mitologiczne.

Żegnam się z państwem Hauptmanami i dalej długa droga przez doliny i łagodne wzgórza wiedzie do Jakobsthal – Jakuszyc, miejsca tak odosobnionego, że można by przysiąc, iż czas tam nie istnieje. Otaczały mnie lasy, ciężkie chmury wisiały nisko nad głową, a lekka mgła raz po raz wypełzała z jarów i znikała bez śladu. Mimo późnej pory i niesprzyjającej pogody, szedłem w mirę sprawnie. W oddali majaczyły ciemne zarysy gór. Szlak prowadził w górę – coraz wyżej i głębiej w samotność.
Po kilku godzinach wędrówki, gdy świat stawał się już coraz bardziej szary dostrzegłem dach i komin –to musiała być to miejsce mój dom na tę noc Proxenbaude.
Dym z komina unosił się leniwie w chłodnym powietrzu. Zbliżając się, usłyszałem szczekanie psa i skrzypnięcie drzwi. Przez chwilę poczułem się tak, jakby czekał tu na mnie cały świat. Nie ten codzienny – lecz ten, który istniał jeszcze przed nami, i który przetrwa nas wszystkich.

W Proxenbaude rozmowy przy gorącym piecu
Drzwi skrzypnęły ciężko. Do środka wpadł podmuch zimnego powietrza – i zaraz został zduszony ciepłem paleniska.
Wnętrze schroniska było ciemne, drewniane, pachniało żywicą, dymem i czymś jeszcze – czymś trudnym do opisania, może chlebem, może dobry winem, może wspomnieniami. Podłoga skrzypiała, jakby uważnie słuchała każdego kroku.
Za prostym kontuarem stał mężczyzna. Wysoki, z siwą brodą i oczami jak dwa kawałki starego bursztynu. Spojrzał na mnie uważnie – jak leśnik patrzy na wędrowca, którego nie zna, ale którego się spodziewał.
– Zdążyłeś – powiedział tylko – Jeszcze przed nocą.
Podziękowałem, zsunąłem z ramion plecak, przetarłem twarz i dłonie. W jadalni siedziała też para starszych turystów – ona w grubym, wełnianym swetrze, on z fajką i gazetą złożoną w kostkę. Pies, który wcześniej szczekał, teraz spał przy piecu, poruszając łapami w jakimś psim śnie.
Gospodarz zaprowadził mnie do izby. Łóżko z wełnianym kocem, stół, świecznik, okno z widokiem na las – prostota bez cienia ubóstwa. Czułem się tak, jakby czas zatrzymał się gdzieś na progu. A może wcale tu nie dotarł?
Gdy wróciłem do głównej izby, herbata już czekała. Parzyła palce przez grubą glinianą czarkę. Dookoła ciepło ognia, szmer rozmów i właściwe cisza. Nikt się nie śpieszył. Nikt nie zadawał zbyt wielu pytań.
Gospodarz – jak się okazało, były leśnik – usiadł naprzeciw mnie i powoli, jakby ważył każde słowo, powiedział:
– Wiesz, to miejsce… ono ma swoją pamięć. Góry słuchają. I czasem mówią.
Spojrzałem na niego uważnie.
– I co mówią?
Uśmiechnął się półgębkiem.
– Tego dowiesz się, jeśli zostaniesz dłużej.
Co to miałoby oznaczać? Wieczór tajemniczy, wilgotny i cichy, jak tylko potrafią być wieczory w w górach. Pojawia się mgła, kilka niepokojących znaków i pierwsze podszepty legend. Schronisko zyskuje nowy wymiar: to nie tylko dach nad głową, ale też brama do innego świata.
Gospodarz częstuje cytrynówką i przy mocno już okopconej lampie naftowej snuje opowieść o tym nieznanym mi świecie. Spoglądam na stare mapy wiszące na ścianie, ledwie widoczne fotografie, jakieś poroża jelenie. Zegar wybija kolejne godziny a ja siedzę zasłuchany w opowieści starego leśnika leśnika.

W Izerskim Zaciszu Opowieść starego leśnika poranek, który nie należał do dzisiejszego dnia
„Mgła nie przyszła. Ona tu po prostu była – jakby noc wcale nie chciała ustąpić dnia.”
Obudził mnie zapach dobrej kawy. Za oknem gęsta. Nie od razu wiedziałem, czy już jestem tu, czy może jeszcze wędruję gdzieś w marzeniu.
Wyszedłem na zewnątrz. Wschodu słońca nie było – tylko mleczne, matowe światło, rozlane jak z przeszłości. Polana zniknęła pod warstwą białej chmury. Tylko pojedyncze świerki wystawały jak mroczne wieże z zatopionego miasta.
Na ścieżce – ślady. Nie ludzkie. Zbyt duże na lisa, zbyt długie na sarnę. Coś tu przeszło w nocy. Coś, co nie zostawiło więcej znaków poza odbiciem w błocie.
Wróciłem do schroniska z lekkim niepokojem, ale i dziwną ciekawością. Gospodarz już stał za kontuarem, z filiżanką kawy i gazetą. Podniósł wzrok, zanim zdążyłem coś powiedzieć.
– Widziałeś?
Kiwnąłem głową.
– Co to było?
Wzruszył ramionami.
– Tu się wiele rzeczy przechodzi. Nie wszystkie da się nazwać. A niektóre… lepiej, żeby pozostały bez imienia.
Usiadłem naprzeciw niego. Ogień trzaskał w piecu. Ale schronisko też jakby zamilkło, chyba pozostali goście jeszcze spali.
Po chwili gospodarz wyjął coś spod lady. Starą mapę. Papier pożółkły, rogi postrzępione. Rozwinął ją powoli, z szacunkiem, jakby odkrywał święty tekst.
– Zobacz tu – wskazał palcem punkt w głębi lasu, tam w górze stała kiedyś bouda, została opuszczona, nikt nie wie kiedy i dlaczego. Albo nikt nie chce pamiętać.
Spojrzałem na niego uważnie.
– A zostały jakieś ślady ?
Wzruszył ramionami raz jeszcze.
– Może ktoś szuka tego, co przepadło. I zamilkł. Mgła za oknem znów zgęstniała, jakby nas podsłuchiwała. Jeśli chcesz naprawdę poznać te góry musisz tam dotrzeć.
W Izerskim Zaciszu „Góry nie ukrywają. One po prostu nie pokazują wszystkiego od razu.”
W Izerskim Zaciszu „Góry nie ukrywają. One po prostu nie pokazują wszystkiego od razu.”
Mglisty ponury wilgotny porannej. Mgła ani myślała odpuścić. Gospodarz podał mi mapę i wskazał drogę, – choć równie dobrze mógłby mnie wysłać w przeszłość.
Zabrałem plecak, termos i latarkę. Tak, latarkę – bo w takim mleku słońce zdawało się nie istnieć.
Za strumieniem ścieżka rozdzieliła się jak w bajce: jedna wygodna, druga zarośnięta. Wybrałem tę drugą. Chrzęst mokrych liści pod stopami, trzask łamanych gałązek. Las wciągał mnie powoli, bez pośpiechu, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę chcę tam iść.
Po godzinie marszu zobaczyłem coś, co nie pasowało do pejzażu. Żelazny bal wbity w ziemię, pokryty mchem, jakby był tu od zawsze. Kawałek dalej – metalowa sztaba zamykająca wejście do wystającej ze zbocza piwnicy czy też tarasu dawnego schroniska. Pociągnąłem go ostrożnie i… ukazały się stare kamienne schody. Prawie zupełnie porośnięte mchem, prowadzące w dół. Nie miałem odwagi iść dalej. Zawróciłem i zatrzymałem się. Las zamilkł. Nawet ptaki przestały ćwierkać.
Powoli między drzewami, odkrywałem stojący mur. Półokrągły, rozsypujący się, z resztkami ornamentów. Jakby kiedyś był częścią czegoś większego. Uklęknąłem i odgarnąłem mech z jednej z cegieł. Wytarte litery: „MICHAELBAU….”
Nie zdążyłem odczytać reszty. Z lasu dobiegł dźwięk. Głos? Nie, raczej jakby ktoś powoli zaciągał starą zasłonę. Szelest. I ten zapach znów – dym i… zapach dobrej strawy?
Zamarłem.
Wtedy zobaczyłem drewnianą tablicę wiszącą na świerku. Drewniana tabliczka, na której ktoś napisał słowa: „Kto raz tu trafił, nie wraca taki sam.”

W Izerskim Zaciszu. Zrujnowane schronisko.
„W lesie nie czekają na ciebie tylko drzewa. Czekają na ciebie historie, które nie zostały opowiedziane.”
Noc nadchodziła szybko. Słońce, które przez chwilę wydawało się zmieniać kolor na pomarańczowy, zniknęło za gęstą zasłoną mgły.
Przystanąłem na przy kamiennym murze. Gdy próbowałem spojrzeć na tabliczkę raz jeszcze, znowu poczułem zapach dymu. Gdzieś obok rozległ się cichy trzask. Przełamał go odgłos, który w pierwszej chwili wziąłem za szelest wiatru.
Po chwili zdałem sobie sprawę, że to coś… coś, co nie było wiatrem. W tej ciszy mogłem to usłyszeć wyraźnie – kroki.
Dziwne kroki, jakby ktoś szedł w ślad za mną, ale z nieco większym opóźnieniem. Zatrzymałem się, nasłuchując. Znowu ten dźwięk. Ale kiedy spojrzałem dookoła, nie widziałem niczego.
Kamiennymi schodami wszedłem do zrujnowanego wnętrza boudy.
Zawalony strop, z fragmentu muru wystawały resztki belek, w rogu zauważyłem coś, co wyglądało na stary stół porośnięty mchem.
Robiło się już coraz ciemnej, zapaliłem latarkę i wtedy dostrzegłem… coś na ścianie.
Cienie. Zbyt wyraźne jak na cienkie strumienie światła latarki. Cienie, które jakby ruszały się, falowały w rytm czegoś, czego nie byłem w stanie zrozumieć. Na ścianie, w miejscu, gdzie wcześniej nie było nic, pojawiły się dziwne znaki. Znaki, które wyglądały jak część jakiejś jakiegoś napisu jakby ktoś próbował przekazać wiadomość.
Przez chwilę zapanowała absolutna cisza. Potem usłyszałem skrzypienie poruszanych wiatrem drzwi. Zmarłem.
Spojrzałem na drzwi, które były lekko uchylone, i poczułem, jak coś nieznanego ściąga moją uwagę. Zdecydowałem, że nie mogę zostać dłużej w tym miejscu.
W świetle latarki na ścianie przy zrujnowanym piecu z trudem czytałem zniszczone litery.
„Wer nicht Wein, Weib und Gesang liebt, der bleibt ein Narr sein Leben lang.”
Kto nie kocha pieśni, wina i kobiety, jest całe życie głupcem.
Może warto było tu przybyć by się nad tym zastanowić.
Wróciłem do mojego schroniska, gospodarz uśmiechał się i podał obiad oraz postawił na stole ciemno zieloną butelkę wina.
W Izerskim Zaciszu. Druga rozmowa z Friedrichem gospodarzem Proxenbaude
Tego wieczoru byłem już jedynym gościem w Proxenbaude. Usiadłem w jadalni, przy stole blisko pieca.
Gospodarz, usiadł naprzeciw mnie. Płomień naftowej lampy rozświetlał jego twarz, a ja słuchałem jego opowieści o życiu w Górach Izerskich, o polowaniach, które niegdyś były głównym źródłem utrzymania dla mieszkańców tych terenów, i o dawnych czasach, które były pełne tajemnic, ale i niebezpieczeństw.
„W tych lasach – mówił z uśmiechem – można odnaleźć nie tylko drzewa, ale także duchy przeszłości. Polowania, które kiedyś były sposobem na przeżycie, dziś są tylko wspomnieniem.
Pełne szczegółów historie – o dawnych łowach książąt piastowskich, które odbywały się na tych ziemiach. O pustelnikach, którzy w średniowieczu zamieszkiwali te góry, o ich życiu w odosobnieniu, oddaleni od świata, poświęconym medytacjom i modlitwom. O uciekinierach religijnych i o walońskich poszukiwaczach złota.
Lokalne legendy i historia regionu
Góry Izerskie to nie tylko wspaniały krajobraz, ale również skarbnica opowieści, które przetrwały stulecia. Jak już wspomniał gospodarz boudy, jedna z legend wiąże się z Halą Izerską i jej pierwszymi mieszkańcami. Zgodnie z przekazami, obszar ten był w przeszłości zamieszkiwany przez uciekinierów religijnych, którzy przybywali tu w poszukiwaniu spokoju. Wyzwania, przed którymi stawali – surowa zima, brak żywności i odosobnienie – były tak trudne, że wielu z nich kończyło swój żywot, pozostawiając po sobie jedynie nieznane imiona wyryte w kamieniach.
Góry Izerskie były świadkiem licznych polowań, które odbywały się na tych terenach urządzali władcy Schafgotszowie. Później zaczęli pojawiać się pierwsi turyści.
Krajobraz i duch Gór Izerskich
Kiedy spoglądałem na krajobraz, patrząc na oddalone strome szczyty Karkonoszy i łagodne zbocza Gór Izerskich, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co przenika nie tylko przestrzeń, ale także czas. Wysokie, porośnięte lasami wzniesienia wznosiły się ku niebu, jakby były strażnikami tego, co wciąż skrywała przeszłość.
Flora i fauna Gór Izerskich, mimo zmieniającego się klimatu i coraz bardziej intensywnej turystyki, wciąż zachowują swój pierwotny charakter. Wędrując po szlakach, można spotkać rzadkie rośliny, które wyrosły w tych górach przez setki lat, a zwierzęta, takie jak jelenie czy dziki, wciąż przechadzają się po tych terenach, tak jak robiły to w przeszłości. W tej harmonii przyrody można poczuć ducha Gór Izerskich, ducha, który zdaje się wciąż żyć, mimo upływu lat.
W Izerskim Zaciszu. Opowieści z boudy – dawne, czasy trudne
Góry Izerskie to nie tylko miejsce pełne naturalnego piękna, ale także świadek burzliwej historii, która nierzadko miała charakter niezwykle surowy. W tych górach, gdzie lasy wciąż szumią w odpowiedzi na każdy wiatr, kryją się nie tylko sekrety przyrody, ale i tajemnice ludzi, którzy przez wieki mieszkali w tym surowym zakątku Świata.
Opowieści gospodarza Proxenbaude wprowadziły mnie w ten trochę dawniejszy fascynujący świat. Choć w dzisiejszych czasach po zakończeniu przegranej przez nas Wielkiej Wojny (1914-1918) Góry Izerskie i Karkonosze są pełne turystów przyjeżdżających z Breslau, Berlina, Drezna, Lipska i Szczecina wędrujących po szlakach, niegdyś życie w Górach Izerskich było walką z naturą, ciężką pracą, a także nieustannym zmaganiem się z życiem codziennym, które nie sprzyjało wygodzie.
Dawni poszukiwacze złota i odkrycie kwarcu
Pod koniec XVII wieku i na początku XVIII wieku Góry Izerskie były świadkiem intensywnych poszukiwań złota. To właśnie w tej okolicy pojawiły się pierwsze ślady poszukiwaczy, którzy wierzyli, że na dnie górskich strumieni kryje się cenny kruszec. Mimo że poszukiwania złota ostatecznie nie przyniosły wielkich sukcesów, odkryto inne cenne surowce.
Kiedy jednak w XVIII i XIX wieku zaczęto eksploatować złoża kwarcu wykorzystywanego w hutach szkła Góry Izerskie zasnuły się dymem. Wytapianie szkła wymagało ogromnych ilości drewna. Pod toporami drwali padały kolenie połacie lasów. Huty powstawały najpierw w dolinach, a gdy znikały lasy, huty wędrowały w góry.
Mój gospodarz Friedrich wspomina, że jego ojciec i dziadek pięć razy zmieniali miejsce zamieszkania wędrując za hutą.
Leśnicy, zimy i ciężka praca
Praca leśników była w tamtych czasach niebywale trudna. Przeżycie w tych surowych warunkach wymagało nie tylko odporności na trudne warunki atmosferyczne, ale także silnej woli przetrwania. W okresie zimowym, kiedy śnieg pokrywał wszystko grubą warstwą białego puchu, leśnicy musieli ciężko pracować, aby dostarczyć drewno nie tylko dla miejscowych hut, ale także na sprzedaż. Przenoszenie ogromnych ilości drewna wzdłuż górskich szlaków odbywało się przy użyciu wielkich rogatych sań. Zdarzały się jednak tragiczne wypadki – w wyniku nieostrożności lub niewłaściwych warunków transportowych, wóz drzewny przygniatał wozaków. Zima była tu nie tylko chłodna, ale nieprzewidywalna i niebezpieczna.
Ciężka praca rolników
Mieszkańcy tych gór żyli nie tylko z pracy leśników czy przemysłu, ale także z niezwykle trudnego górskiego rolnictwa. Ziemia w Górach Izerskich i Karkonoszach nie była jednak łaskawa – gleba była uboga, a uprawy bardzo trudne do prowadzenia. Mimo tych trudności, rolnicy zakładali skromne pola, starając się wyżywić siebie i swoje rodziny. Niestety, niejednokrotnie nieudane plony prowadziły do głodu, który nękał mieszkańców przez długie zimy. Wielu ludzi wyjeżdżało wtedy do sąsiednich wsi, by znaleźć chleb, często na granicy głodu. Karkonosze zdominowane zostały przez gospodarkę pasterska.
Chałupniczy wyrób lnu i przemyt
Życie w tych górach nie było łatwe, więc ludzie musieli szukać sposobów na przetrwanie. W Górach Izerskich powszechnie rozwijał się chałupniczy wyrób tkanin lnianych, który stanowił podstawowe źródło dochodu wielu rodzin. Wytwarzano z niego odzież, torby, materiały na ubrania i inne drobne przedmioty. Jednak, jak to często bywa w takich warunkach, bieda stawiała ludzi przed dylematem moralnym – wiele osób decydowało się na przemyt.
Z braku innych źródeł dochodu, w XVIII i XIX wieku, mieszkańcy Gór Izerskich, szczególnie ci z terenów przygranicznych, zaczęli przemycać towary na stronę austriacką oraz pruską. Często były to produkty codziennego użytku, jak sól, zboża, a także alkohole, ale również wyroby rzemieślnicze. Granica była wówczas ściśle pilnowana, a jednak dla wielu ubogich górali była to jedyna możliwość zdobycia pieniędzy. Przemyt nie skończył się jednak na towarach codziennego użytku. Na początku XX wieku, w okresie międzywojennym, coraz bardziej popularne stały się wyroby rzemieślnicze, w tym wytwory z drewna czy również bardziej luksusowe przedmioty, takie jak porcelana czy szkło. Przemyt stał się częścią życia mieszkańców Gór Izerskich, a niektórzy traktowali go niemalże jako zawód, mimo że był nielegalny i wiązał się z ryzykiem.
Przemyt i kłusownictwo… a może tylko inne imię dla rywalizacji i rabunku?
Przemytnicy rzadko grali uczciwie. Rywalizowali zawzięcie — czasem wprost, czasem znacznie subtelniej. Donosy do strażników granicznych bywały skuteczniejsze niż broń. A potem przychodziły rozliczenia: bijatyki w gospodach, poharatane gęby, a zdarzało się i to, że broń szła w ruch. Strzały padały nie tylko na granicznym szlaku, ale i przy karczemnych stołach.
Z kłusownikami walczyli z kolei leśnicy hrabiego Schaffgotscha. Jednym ze słynnych kusowników był Tapper z Wielkiej Izery — Groß-Iser — postać niemal legendarna. Mówiono o nim, że posiadał szczególną moc. Kiedy odlewał ołowiane kule, szeptał przy tym zaklęcia wyjęte wprost z Szóstej i Siódmej Księgi Mojżeszowej. Jego pociski były jak zaczarowane — wystarczyło, że wystrzelił w głąb lasu, a jeleń padał martwy.
Strażnicy Schaffgotschów długo próbowali go schwytać — nadaremnie. Aż w końcu sam hrabia, w swej arystokratycznej rozwadze, podjął decyzję, którą niektórzy uważali za szaleństwo, inni za geniusz: Tapper został leśnikiem. Legalnym. Z opaską hrabiowskiej służby i czapką z piórem.
Słuchałem tej opowieści, a ogień w kominku trzaskał, rzucając cienie po ścianach. W kieliszkach parowało grzane wino. Zegar w kącie jadalni wybił północ: dwanaście głębokich uderzeń przetoczyło się przez pustkę nocy.
Friedrich spojrzał na mnie z iskrą w oku.
— Chodź — powiedział cicho — pokażę ci wielką tajemnicę.
Nie pytałem. Wiedziałem, że tu, w tej chacie, pytania przychodzą za późno. Ubraliśmy płaszcze, zapaliliśmy pochodnie i napełniliśmy dwa kielichy ciemnoczerwonym winem.
— 1927 Ruländer Spätlese von Schloss Johannisberg — rzucił, jakby od niechcenia. — Piłeś kiedyś coś lepszego?
Szliśmy przez mgłę, która zawisła nad torfowiskami jak ciężka zasłona. Friedrich prowadził pewnie, pod górę, ścieżką znaną tylko jemu. W myślach przemykało mi: czy to jakiś pogański obrzęd? Coś starszego niż chrześcijaństwo, starszego niż cesarze i granice.
W końcu stanęliśmy. Cisza była tak głęboka, że słychać było tylko własne oddechy.
— Stańmy plecami do siebie — rzekł.
Wypiliśmy kielichy niemal do dna. Jeden łyk miał pozostać. Ten ostatni wylaliśmy na ziemię — każdy w swoją stronę, zgodnie z poleceniem.
Zrobiło się cicho. Mgła gęstniała.
— Wiesz, co zrobiliśmy? — zapytał, z uśmiechem, który więcej skrywał niż zdradzał.
Zastanawiałem się: może to ofiara dla dawnych bogów, może hołd dla duchów przodków? Może coś z tych pradawnych kultów, o których wspominały zielniki laborantów?
Ale Friedrich odpowiedział mi racjonalnie.
— Przeprowadziliśmy eksperyment geograficzny — stwierdził z powagą profesora.
Patrzyłem zdumiony. Eksperyment? Tu, pośrodku lasu? Z winem z 1927 roku?
— Stoimy na granicy zlewni dwóch mórz — wyjaśnił. — Ty wylałeś łyk, który trafi do Morza Północnego, moje wino popłynie do Ostsee (Bałtyk). Ot, taki toast za wodę, która nie zna granic.
Uśmiechnąłem się. Dopiero po dwóch wieczorach zrozumiałem, że może spełniają się słowa, które wyczytałem wczoraj w opuszczonym schronisku. na murze koło pieca:
„Wer nicht Wein, Weib und Gesang liebt, der bleibt ein Narr sein Leben lang.”
Kto nie kocha wina, pieśni i kobiety, ten przez całe życie pozostaje głupcem.
— No dobrze — powiedziałem. — Wino mamy, pieśń gdzieś w duszy gra. Ale gdzie te kobiety?
Friedrich spojrzał na mnie z błyskiem rozbawienia.
— A pamiętasz, jak Pipa tańczyła u Hauptmanna?
I zrozumiałem, że w tych górach wszystko jest możliwe. Nawet spotkanie z kobietą, która zatańczy w twojej pamięci, gdy najmniej się tego spodziewasz.
Marek Mozołowski

