AnegdotyHistoriaŚlady przeszłości

Pociągiem do Jeleniej Góry – wspomnienie wysiedlonego


Wspomnienie z codziennej podróży do Jeleniej Góry

Reise nach Hirschberg
von Hans Günther, Hus um/Nordsee, Stadtweg 28
Schlesische Bergwacht, 1954, Jg. 5, Nr. 7

Jest wstrząsające, jak szybko człowiek zapomina! Chociaż minęło dopiero dziesięć lat od mojego ostatniego pobytu w Altkemnitz (Stara Kamienica) i Hirschberg (Jelenia Góra), z roku na rok coraz trudniej jest mi i moim bliskim przypomnieć sobie nazwy ulic, sklepy itp. w Hirschbergu. Myślę, że gdybyśmy nie rozmawiali tak często podczas refleksyjnych wieczorów o naszej ojczyźnie, zapomnielibyśmy jeszcze więcej! Dlatego uważam za bardzo istotne, aby jak najwięcej naszych przeżyć i codziennych doświadczeń z domu zapisywać, aby w żadnym wypadku nie popadły w zapomnienie.

Stacja kolejowa Stara Kamienica, źr. polska.org
Stacja kolejowa Stara Kamienica, źr. polska.org

Dziś chciałbym w myślach odtworzyć moją codzienną drogę do pracy i spróbować przejść ją z Wami, moi drodzy rodacy. Mieszkałem w Altkemnitz (Stara Kamienica), bezpośrednio przy tzw. wiadukcie, i codziennie jeździłem pociągiem do Hirschbergu (Jelenia Góra). Wówczas nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś zostanę kolejarzem i że korzystanie z tego środka transportu stanie się dla mnie czymś zupełnie codziennym. Przypadkiem znalazłem wśród starych papierów mocno zużyty „Reichskursbuch” z 1944 roku, w którym wciąż są wymienione nasze śląskie trasy z ich rozkładami jazdy. Na podstawie tego starego rozkładu, który stał się jedną z moich najcenniejszych książek, już nie raz w myślach podróżowałem po Śląsku i odwiedzałem wszystkie miasta i wsie, które pokochałem. Dziś znów leży przede mną otwarty i czytam pod nr 177: Altkemnitz (Stara Kamienica) odjazd o 7:20. Ach, Ty dobry, stary „siódma dwadzieścia”, jak Cię zawsze nazywaliśmy, co bym dał, gdybym znów mógł codziennie z Tobą jeździć! To było tak dawno temu!

Jelenia Góra wiadukt na Bobrze
Jelenia Góra wiadukt na Bobrze, Źródło Polska org

Wstawało się o wpół do siódmej. Na śniadanie, którego napojem była filiżanka zupy z mąki śrutowej Dr. Hoffmanna z Reformhaus Gläser, włączało się radio dla wysłuchania sygnału czasu. Po wiadomościach i prognozie pogody o 7:10 wychodziło się, po spakowaniu kanapek do teczki i zapaleniu zwyczajowego porannego cygara. Latem i przy dobrej pogodzie czas wystarczał, ale zimą bywało to czasami bardzo na styk. Przechodziło się pod wiaduktem i obok Wielanda skręcało na ścieżkę wzdłuż torów. Bywało, że była tak śliska, że w miejscu, gdzie stromo wznosiła się do poziomu torów, z trudem zdobyty odcinek pokonywało się z powrotem w dół. Po naszej skardze kolej zainstalowała tam poręcz, po której mogliśmy się wspinać. Czasami przez noc spadał świeży śnieg i musieliśmy brodzić w nim po kolana. Zazwyczaj pociąg już wjeżdżał, gdy przechodziliśmy przez bramkę, przy której dyżurowali pan Pohl lub pan Gottwald. Na schodach do pokoju służbowego stał nasz zawiadowca stacji Hänisch i pozwalał „swoim” podróżnym przechodzić obok siebie, przyjaźnie pozdrawiając na wszystkie strony. Była to zawsze pokaźna grupa kobiet, mężczyzn i dzieci, którzy codziennie korzystali z tego pociągu, aby dostać się do swoich miejsc pracy w Hirschbergu (Jelenia Góra), Lomnitz (Łomnica) lub Zillerthal-Erdmannsdorf (Mysłakowice) — zawsze mówiliśmy Zillermansdorf — lub do szkoły. Spieszyliśmy szybkim krokiem do przedniego przedziału, gdzie zawsze spotykali się członkowie naszej grupy podróżnych: pan Ellguth, pan Erich Leonhardt i pan Brieger. Wkrótce pociąg ruszał w kierunku Reibnitz (Rybnica).

Z wiaduktu machało się jeszcze raz na pożegnanie i już przejeżdżaliśmy pod mostem kolejowym, gdzie po lewej stronie pozostawały pastwiska dominialne, a po prawej jego pola z Steinbergiem i dębowym laskiem Röhricht-Alberta. Obok torów biegła stara droga do Reibnitz (Rybnica), najbliższe połączenie między Altkemnitz (Stara Kamienica) a Reibnitz (Rybnica), przejezdna jednak tylko latem. Tuż przed Reibnitz (Rybnica) przecinała ona ponownie tory przez most i mijaliśmy tzw. „Lausepelz”. Były to ruiny budynku przypominającego zamek, który absolutnie nie miał nic wspólnego z domowymi zwierzętami naszych „nowych obywateli” polskiej narodowości w ojczyźnie, mianowicie z wszami, lecz była to zniekształcona nazwa łacińska „Laus Palatium”. Co ten budynek wcześniej naprawdę przedstawiał, uczeni nie doszli do porozumienia, ale jedno jest pewne: nie został zbudowany przez Polaków.

W Reibnitz (Rybnica) do pociągu wsiadła spora grupa pracujących mieszkańców, a skład ruszył dalej, przez Gotschdorf (Goduszyn). Tam pociąg nie zatrzymywał się, tylko przejeżdżał przez środek wsi, tuż nad główną drogą, którą przecinał most kolejowy.

Zaraz po wyjeździe zza ostatnich domów oczom pasażerów ukazywał się oszałamiający widok. Nam, codziennie pokonującym tę trasę, stał się już nawykiem, tłem codzienności. Ale gdy słyszeliśmy zachwycone okrzyki turystów, którzy po raz pierwszy oglądali tę panoramę, nawet my — zblazowani — odruchowo zbliżaliśmy się do okna, żeby choć przez chwilę nacieszyć się tym pięknem.

Bo oto przed nami rysował się cały grzbiet Karkonoszy — majestatyczny, wspaniały. Od Reifträgera (Szrenica), przez Schneegruben (Śnieżne Kotły), Hohes Rad (Wielki Szyszak), Große Sturmhaube (Wielka Kopa), Mädelkamm (Grzbiet Dziewiczy), Kleine Sturmhaube (Mała Kopa), aż po Prinz-Heinrich-Baude (Schronisko Księcia Henryka) i królową tych gór — Koppe (Śnieżka).

U stóp tej panoramy rozciągała się szeroko Hirschberger Tal (Kotlina Jeleniogórska) — od Petersdorf (Piotrowice), przez Hermsdorf (Sobieszów) z zamkiem Kynast (Chojnik), dalej przez Voigtsdorf (Podgórzyn), Bad Warmbrunn (Cieplice) z wielkim gazometrem, Herischdorf (Malinnik), aż po samą Hirschberg (Jelenia Góra), wokół której kolej zakręcała w szerokim łuku, tak że całe miasto było przez dłuższy czas widoczne — zarówno przed nami, jak i po bokach.

Pamiętam to doskonale. Ostatni raz, gdy odwiedzałem Alt-Kemnitz (Stara Kamienica) wiosną 1944 roku, stojąc przy oknie wagonu, żegnałem się z górami. Patrzyłem długo, próbując na zawsze zapamiętać ten krajobraz — i dziś wystarczy, że zamknę oczy, by znów go zobaczyć.

Jakbym przeczuwał wtedy, że długo już ich nie zobaczę — moich gór.


Ponad dachami domów wznosiły się charakterystyczne wieże miasta — ratusz, kościół parafialny i kopuła Gnadenkirche (Kościoła Łaski).
Nie sposób było nie dostrzec potężnego kompleksu Zellwolle (fabryka włókien sztucznych), z jej dwoma ogromnymi kominami. Wzdłuż linii kolejowej do Schreiberhau (Szklarska Poręba) piętrzyły się wielkie zapasy drewna.

Przy drodze do Gotschdorf (Goduszyn) widoczne były domy osiedla robotniczego należącego do tej fabryki, a dalej — stacja Hirschberg-West (Jelenia Góra Zachodnia).

Tuż przed wiaduktem nad Bober (Bóbr) spotykały się tory z Schreiberhau (Szklarskiej Poręby) i z Görlitz. Przejeżdżając przez most, nie wiedziałeś, w którą stronę patrzeć — po prawej wznosił się Hausberg (Góra Domowa), a po lewej rozciągał się romantyczny Sattlerschlucht (Wąwóz Siodlarza).

Pociąg jechał teraz między dwoma kompleksami koszar — po lewej były to Grunauer Kaserne (koszary Grunaua), po prawej Hubertuskaserne (koszary Hubertusa).

Powoli zbliżaliśmy się do głównego dworca…
Po północnej stronie widać było Grunau (Zabobrze) ze szkołą szybowcową, a w oddali — samotnie stojącą w polu kaplicę, którą podziwialiśmy każdego dnia.

Po minięciu Berbisdorfer Chaussee (ulica obecnie nieistniejąca lub przemianowana – możliwe okolice obecnej Alei Jana Pawła II) mogliśmy jeszcze rozpoznać Straupitz (Strupice) i zaczynaliśmy zbierać się do wyjścia, bo pociąg miał lada chwila wtoczyć się na dworzec w Hirschberg (Jelenia Góra).

Mimo że był to dworzec całkiem spory, w miesiącach letniego i zimowego sezonu nie dawał już sobie rady z ogromnym ruchem podróżnych. Nawet poza sezonem, zwłaszcza o poranku, przybywały tu tłumy ludzi i wszyscy spieszyli ku wyjściu.

Helenia Góra Koszary Pod Jeleniem  Hubertus Kaserne
Helenia Góra Koszary Pod Jeleniem Hubertus Kaserne

Przy barierkach wejściowych niemal codziennie panował ścisk i przepychanie — każdy chciał jak najszybciej dostać się do pracy. A jednak wielu z nas znajdowało jeszcze chwilę, by kupić poranną gazetę w kiosku Mende lub zaopatrzyć się w wyroby tytoniowe u dworcowego sprzedawcy.

Przed budynkiem dworca czekał nasz kochany, dobrotliwy i wygodny tramwaj, gotów zawieźć pasażerów do Bad Warmbrunn (Cieplice), Hermsdorf (Sobieszów) lub Giersdorf (Podgórzyn).

Hirschberg im Riesengebirge, Hotel Strauss Bahnpost Fotopolska
Hirschberg im Riesengebirge, Hotel Strauss Bahnpost Fotopolska

My jednak mijaliśmy stojące przed dworcem taksówki i hotel Strauß, po czym przemykaliśmy pod wielkim zegarem, który niemal karcił nas za spóźnienie i zmuszał do szybszego kroku.

Przy Jägerdenkmal (pomnik myśliwski) przechodziliśmy przez ulicę i jeszcze na moment zerkaliśmy w stronę Gerhart-Hauptmann-Straße (ul. 1 Maja), na której wznosił się potężny gmach Oberrealschule (wyższej szkoły realnej), do którego tłumnie zmierzały setki chłopców w różnym wieku.

Nasza droga prowadziła wzdłuż Wilhelmstraße (ob. ul. Matejki), obok firmy Paul Kunze, gdzie wielkie ciężarówki czekały, by rozwieźć żywność po całym powiecie — panował tam nieustanny ruch i gwar.

Na Kramstaweg (obecnie prawdopodobnie ul. Wojska Polskiego lub okolice), wznosił się nowy budynek gimnazjum, w którym mieściła się wyższa szkoła pedagogiczna. Dalej mijaliśmy Güntherstraße i Ziegelstraße (nazwy obecnie nieużywane, prawdopodobnie ulice w śródmieściu Jeleniej Góry), przy której znajdowało się liceum dla dziewcząt, po czym kierowaliśmy się ku Landratsamt (Starostwo Powiatowe) — naszemu miejscu pracy.

Starostwo mieściło się w dwóch budynkach — jednym przy Wilhelmstraße, drugim, głównym, przy Schmiedeberger Straße (ob. ul. Ptasia lub okolice centrum). Oba budynki łączył masywny, zadaszony łącznik, któremu żartobliwie nadaliśmy nazwę „Beamtenlaufbahn” (ścieżka urzędnicza).

Żwawym krokiem wspinaliśmy się po schodach w budynku przy Wilhelmstraße, gdzie w ostatnim czasie pracowaliśmy w Wydziale Wyżywienia (Ernährungsamt). Czekała tam już na nas Marianne Ihmig — (dlaczego już nigdy się nie odezwała?) — oraz pan Mordstein.

Prawie nie było ranka, w którym nie witalibyśmy telefonicznie naszego przyjaciela i kolegi Otto Schmidta z Kreiswohlfahrtsamt (Wydział Opieki Społecznej), który mieszkał w Bad Warmbrunn (Cieplice), tuż przy uzdrowiskach.

Choć mam zapisanych wiele adresów dawnych współpracowników, do dziś nie udało mi się niczego dowiedzieć o losach ich lub ich rodzin. Byłbym wdzięczny za każdą informację w tej sprawie.
I tak rozpoczynaliśmy nasz codzienny, poranny obchód po biurach, by przywitać się ze wszystkimi koleżankami i kolegami.

Najpierw do panny Rüffert i jej zespołu: panny Wandelt i panny Feist. Potem zapewnialiśmy pana L., że na pewno nie zostawił u nas — ani nigdzie indziej — żadnej kartki czy notatki.

Następnie odwiedzaliśmy kolejno: pana Schmidta i pana Fischera, pana Gudera i pana Rückerta, pana Dittmanna i pana Andersa, pana Klemma, pana Neugebauera i pannę Graßmann, panią Elfriede, którą nie raz zirytowaliśmy długimi dyktatami…

…oraz naszego koleżkę z czasów wojennych, pana Wilcek, którego jedyny syn — jak się mówiło — również odniósł bardzo poważne rany podczas II wojny światowej.

I na końcu – pana Henkla i Ciebie, drogi Gustawie!
Często bywało i tak, że obowiązki zmuszały nas do pozostania w Hirschberg (Jelenia Góra) aż do godziny 21:30. Powrót nocą koleją do domu miał jednak swój szczególny urok — zwłaszcza przy świetle księżyca, gdy Gebirge (góry, czyli Karkonosze) odcinały się na horyzoncie jako gigantyczna, ciemna masa. W czasach pokoju był to również jedyny w swoim rodzaju, malowniczy widok, gdy z okazji uroczystości wieże miasta były iluminowane.

Na zawsze i na wieki niech te obrazy rodzinnego krajobrazu wyryją się w naszych sercach i duszach. Nigdy nie chcemy wyrzec się prawa do nazywania Riesengebirge (Karkonoszy) naszą ojczyzną — i walczyć o jej odzyskanie wszystkimi dostępnymi nam duchowymi środkami, nawet jeśli tu, w nowym miejscu, znaleźliśmy już na nowo swoje miejsce w życiu i przywykliśmy do nowej ojczyzny.

Szczególnie ważne jest, by tę miłość do rodzinnych stron i tęsknotę za górami zaszczepić naszym dzieciom z taką samą siłą, z jaką została ona wpisana w nasze własne serca! Bo to właśnie one — nasza młodzież — pewnego dnia mają ponownie zasiedlić tę ojczyznę i przywrócić jej dawny śląski charakter!

Nasze śląskie zwyczaje i obrzędy, nasz język — nie mogą nigdy zaginąć! Tylko wtedy, gdy będziemy służyć naszej Matce Śląszczyźnie (Mutter Schläsing) — przez zachowanie naszego śląskiego ducha i naszego śląskiego sposobu bycia, z całego serca, w płomiennej miłości i wiecznej wierności — możemy oczekiwać, że pewnego dnia przytuli ona swoje powracające dzieci do serca.

Oby dane nam było tego jeszcze dożyć — niech to będzie naszą codzienną modlitwą.

Przesiedleni – wypędzeni

​Wspomnienia osób przesiedlonych z Kresów Wschodnich po II wojnie światowej często odzwierciedlają skomplikowane emocje i postawy wobec nowych mieszkańców ich dawnych domów. Podobnie jak Niemcy opuszczający swoje siedziby na Śląsku czy w Prusach Wschodnich, Polacy zmuszeni do opuszczenia Wilna, Lwowa czy Stanisławowa, zmagali się z poczuciem utraty i tęsknotą za ojcowizną.​

Przykładem może być relacja Aldony Kozłowskiej, która w wieku 20 lat opuściła Ponary pod Wilnem i osiedliła się w Gdańsku. Wspominała, że decyzja o przeprowadzce była trudna, a adaptacja w zrujnowanym mieście pełnym obcych ludzi stanowiła wyzwanie. Podobne doświadczenia miała Maria Wieloch, która jako dziecko opuściła Wilno z jedną walizką, tracąc ojca w tragicznych okolicznościach. ​Radio Gdańsk

Wielu przesiedleńców z Kresów osiedliło się na Górnym Śląsku, gdzie zetknęli się z odmienną kulturą i stylem życia. Różnice te często prowadziły do napięć między „starymi” a „nowymi” mieszkańcami. Kresowianie, przyzwyczajeni do innego trybu życia, musieli dostosować się do realiów uprzemysłowionego Śląska, co nie zawsze było łatwe. Adam Zagajewski w jednym ze swoich wspomnień pisał o trudach adaptacji w Gliwicach, gdzie jego matka płakała, spacerując po obcych ulicach. ​Przystanek Historia

Władze komunistyczne starały się przedstawiać przesiedlenia jako „historyczną misję” przywracania piastowskich ziem Polsce. Przesiedleńcom mówiono, że domy i gospodarstwa, które obejmują, są teraz ich własnością. Jednak wielu z nich czuło się nieswojo, zajmując cudze mienie, co potęgowało poczucie tymczasowości i niepewności. ​WielkaHistoria

Te doświadczenia pokazują, że przesiedlenia były nie tylko fizycznym przeniesieniem ludzi, ale także głębokim wstrząsem emocjonalnym i kulturowym. Nowi mieszkańcy dawnych polskich ziem musieli zmierzyć się z nieufnością i uprzedzeniami, podobnie jak Polacy osiedlający się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. To złożone dziedzictwo historyczne wciąż wpływa na relacje między społecznościami zamieszkującymi te tereny.

Sytuacja ludności niemieckiej po wojnie

Co z Niemcami?

Po wojnie niemiecka ludność miała status tymczasowy i obowiązywał ją zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. Wyjątki przysługiwały jedynie osobom zatrudnionym, które posiadały odpowiednie zaświadczenia. Kontrowersje budzi kwestia białych opasek – niektóre źródła podają, że nosili je tylko czasowo, inne mówią o powszechnym obowiązku od lipca 1945 roku. Istnieją też relacje, według których Rosjanie namawiali starszych Niemców do zdejmowania opasek.

Poczucie zagrożenia potęgowała obecność niemieckich grup zbrojnych ukrywających się w górskich lasach, trudnych do zlokalizowania i kontrolowania.

Polskie władze, sowieckie i niemiecka administracja

Na terenach nieobjętych działaniami wojennymi komendanci tworzyli tymczasową niemiecką administrację pomocniczą. W Kotlinie Jeleniogórskiej, spełniającej odpowiednie warunki, funkcjonowali niemieccy burmistrzowie. W Jeleniej Górze dawna landratura działała aż do września 1945 r., a wśród ludności niemieckiej władzę sprawowała prowizoryczna Rada Miejska, zdominowana przez czterech byłych więźniów obozów koncentracyjnych – komunistów (Bricht, Höhe) i socjaldemokratów (Burghardt, Keidnis).

Działała również rozbrojona i nieumundurowana Hilfmilitz, która balansując między radziecką komendanturą a powstającą administracją polską, realizowała własne interesy. Niemcy często ignorowali polskie władze na rzecz Rosjan, co było powszechnym zjawiskiem na Dolnym Śląsku. Dowodem na ten stan rzeczy była konspiracyjna analiza WiN zatytułowana znamiennie: „Ziemie odzyskane. Fakty mówią za siebie”. Niektórzy Niemcy próbowali też wpływać na polskich osadników, dzieląc ich według uproszczonego podziału: „Londoner” kontra „Warschauer Polen”. Z nadzieją na korzystniejsze decyzje, kierowali się najpierw do Rosjan, a dopiero w razie odmowy – do Polaków.

Rewanż

Na wzór Rosjan organizowano dla Niemców przymusowe marsze „ku czci Hitlera”, połączone z rabunkami. 25 czerwca 1945 r. w Reibnitz (Rybnica) wieczorem wypędzono Niemców do sąsiedniego Birngrutz (Grudza). W lipcu 1945 r. podobny marsz zorganizowano w Szklarskiej Porębie, aby „zastanowili się nad wyborem Hitlera”. „Z domów wypędzają całe wsie (…) Z przodu i z tyłu Polacy na koniach. Kto nie może iść, zostaje na drodze”.

Tego samego dnia, 25 czerwca 1945 r., w Janowicach Wielkich żołnierze 7 Dywizji WP i Rosjanie gwałcili Niemki i rabowali. Szczególnie brutalnie zachowywał się 38 pułk tej dywizji. W odpowiedzi, za zgodą Sowietów, Niemcy zaczęli zakładać tzw. komitety antyfaszystowskie – próbę samoobrony i przeciwwagi wobec polskich władz.

Pierwszy taki komitet powstał 26 czerwca 1945 r. w Schmiederbergu (Kowary), założony przez Henryka Moslera. Tego samego dnia Milicja Obywatelska rozbiła spontaniczny wiec w drodze do Kamiennej Góry. Moslera aresztowano i odebrano mu pistolet nadany przez Rosjan, gdyż Polacy uznali komitet za wrogi. Po interwencji sowieckiej Mosler został zwolniony, a broń mu zwrócono. Już 27 czerwca w Jeleniej Górze Niemcy otworzyli naprzeciwko magistratu tzw. Związek Komunistyczny.

Przemoc i niepewnoś

Współistnienie dwóch wrogich grup prowadziło do konfliktów. Dochodziło do morderstw – w kwietniu 1946 r. w Kowarach niemiecki palacz „Schwarz Willi”, były komandos SS, zabił polskiego administratora szpitala. Willi miał chronić „skarb” – ok. 300 walizek z pamiątkami po esesmanach. Spalił zwłoki i zbiegł na Zachód.

Zwolennicy nazizmu organizowali antypolskie grupy i wspierali Werwolf. Niemcy często okazywali wrogość: zdzierano ogłoszenia, truto bydło, organizowano nocne spotkania. W nocy z 15 na 16 lipca 1945 r. w Szklarskiej Porębie ostrzelano posterunek MO – zginął milicjant, a kolejnego dnia strzelano do kwatery ZHP. Władze zagroziły rozstrzelaniem 300 Niemców. Tworzono magazyny broni, kolportowano ulotki. W Karpnikach zabito polskiego wójta.

Starosta, chcąc zapewnić osadnikom bezpieczeństwo, podejmował działania przeciwko podziemiu: aresztował liderów, przesiedlał do baraków, kontrolował, rejestrował i zatrudniał podejrzanych. W Jeleniej Górze powstała niemiecka dzielnica z 36 tys. mieszkańców.

Dopiero zdecydowana postawa pełnomocnika obwodowego w drugiej połowie 1945 r. zahamowała terror – zagroził Niemcom środkami z czasów okupacji hitlerowskiej. Pod koniec roku ruch oporu zamarł.

Ludność niemiecka, w zawieszeniu między wysiedleniem a nadzieją na pozostanie, balansowała między strachem, poczuciem wyższości, a podporządkowaniem wobec Rosjan. Mimo resentymentów wielu próbowało się dostosować, inni liczyli na zmianę granic.

3 czerwca 1945 r. niemiecka mieszkanka notowała: „Nie wiemy, do kogo należymy. W naszej gminie jest polski i niemiecki burmistrz oraz radziecki komendant”. Polskie dzieci wdawały się w bójki z niemieckimi kolegami o to, do kogo należą Karkonosze. Jedna z Niemek pisała: „Śląsk nie jest miejscem dla Polaków”, inna – Erna Hofman – prosiła Stalina, by nie oddawał Śląska Polsce.

Życie między przetrwaniem a wysiedleniem

Niemcy po wojnie prezentowali rozmaite postawy – od dawnych przejawów nazistowskiej buty i lekceważenia wobec Polaków, po służalczość wobec Rosjan, wycofanie, a także próby współpracy lub przetrwania. Wielu pracowało, zwłaszcza w firmach pod zarządem sowieckim, stanowiąc techniczne wsparcie dla odradzającej się gospodarki – np. w jeleniogórskim szpitalu jeszcze pod koniec 1946 r. dominował niemiecki personel.

Inni unikali pracy lub głodowali – bez zatrudnienia nie przysługiwały kartki żywnościowe. Na ulicach Jeleniej Góry widywano żebrzące kobiety i dzieci, pozbawione wsparcia amerykańskiej UNRRA. Kwitła prostytucja – Niemki szukały ochrony i wsparcia materialnego u Rosjan. Szerzyły się choroby weneryczne.

Z powodu trudnej sytuacji, Niemcy organizowali samopomoc i zbiórki, wyprzedawali majątek, niekiedy prosili o pomoc polskie władze. Obowiązywał nakaz noszenia białych opasek poza miejscem zamieszkania. Brakowało szkół niemieckich, choć istniały próby nielegalnego nauczania, np. w Szklarskiej Porębie czy Lwówku Śląskim. Młodzież pozostawała poza systemem edukacyjnym, co wywoływało zazdrość polskich dzieci.

Brakowało opieki duszpasterskiej dla protestantów – niemieccy duchowni, podobnie jak inteligencja, byli wysiedlani w pierwszej kolejności. Fachowcy z kartami reklamacyjnymi cieszyli się względnym spokojem i socjalnym zabezpieczeniem. W 1947 r. władze Jeleniej Góry musiały wręcz apelować do zakładów pracy o ujawnienie liczby zatrudnianych Niemców, aby ułatwić zatrudnienie Polakom – co dowodziło skali zatrudnienia dawnych mieszkańców.

Urzędowy język pozostawał polski, ale stosowano dwujęzyczne ogłoszenia i plakaty. Niemcy nie pełnili funkcji kierowniczych. W dokumentach zachowały się niemieckie podania – także te pisane przez Polaków w obronie sąsiadów zagrożonych wysiedleniem. Współpraca obu stron, choć podszyta interesem, bywała realna i skuteczna w odsuwaniu widma deportacji.

Lęk, niepewność i pogłoski o Syberii

Czy Niemcy mieli świadomość krzywd, jakie wcześniej spotkały Polaków? Trudno dziś to jednoznacznie ocenić. Pewne jest, że w 1945 roku niemiecka społeczność żyła w lęku. „Z tamtych czasów w ogóle nie pamiętam dorosłych Niemców, jakby ich nie było” – wspomina jeden z Polaków. Inna relacja opowiada o brutalnych działaniach milicji w Jarkowicach, gdzie przetrzymywano i torturowano Niemców. Część wracała z aresztu z traumą, inni – jak Reimund Pusch – nie przeżyli.

W zimie 1945/46 panował głód i chłód. Choć wyjazd był dla wielu tragedią, bywał też wybawieniem. Obawiano się wywózki na Syberię. Pasażerowie transportów z ulgą odczytywali napisy zostawione przez poprzedników: „Dojechaliśmy szczęśliwie”.

Strach podsycały pogłoski – jak ta z marca 1946 r., gdy rosyjski oficer ostrzegł przed planowaną przez Polaków akcją. Niemców łapano na ulicach, zwożono na cmentarz żydowski i zmuszano do rozkopywania grobów gołymi rękami. Potem, ustawieni w szpalerze, byli bici pałkami. Wiele osób zostało rannych.

Do podobnych scen dochodziło również w Komarnie, gdzie Niemców zmuszano do rozkopywania własnych cmentarzy w poszukiwaniu złota.

Choć nie były to zjawiska powszechne, pozostawiły głębokie piętno na pamięci niemieckiej ludności, której rzeczywistość 1945 roku wypełniały głód, przemoc i nieustanna niepewność.


Nie tylko horror

Nie wszędzie dominował terror. W Liebau (dzisiejsze Lubawka) posterunek MO obsadzili byli partyzanci z Łącka i Sącza. Trzymali tam niemieckich więźniów, których… przyuczyli do produkcji bimbru. W piwnicy milicji pędzono samogon, a więźniowie częściej byli pijani niż trzeźwi. Gdy nadszedł czas ich zwolnienia, podobno nie chcieli opuszczać aresztu.

Ostatni pociąg na Zachód. Wysiedlenia Niemców z Kotliny Jeleniogórskiej

Proces wysiedlania ludności niemieckiej, wznowiony w 1946 r., był powszechnie akceptowany przez polskich osadników. Decyzją władz, Niemców przesiedlano całymi rodzinami, zaczynając od bezrobotnych i uznanych za „element uciążliwy”. Z 80 610 Niemców zamieszkujących powiat jeleniogórski, tylko 1920 uznano za niezbędnych specjalistów, których czasowo wyłączono z akcji.

Każdy wysiedlany mógł zabrać rzeczy osobiste do 40 kg i 1000 marek. Przed transportem obowiązywało badanie lekarskie, kontrola bagażu oraz wyznaczenie komendanta wagonu. Zakazano wywozu m.in. waluty, kosztowności czy dzieł sztuki. Proces nadzorowały komisje wysiedleńcze i lotne kontrole, choć dochodziło do incydentów przemocy i grabieży – jednak nie miały one charakteru systemowego.

Pierwszy transport z Jeleniej Góry ruszył 23 maja 1946 r. W jego skład wchodziło 1598 osób. Do października wysłano 34 transporty obejmujące 57 670 Niemców. Dzieciom zapewniano mleko w proszku, wszystkim zaś skromny prowiant. Chorzy i starsi trafiali do specjalnych pociągów sanitarnych. Zimą transporty wstrzymano z powodu braku ogrzewania wagonów.

W 1947 r. akcję kontynuowano – wyjechało kolejnych 13 993 osób. Pod koniec tego roku na miejscu pozostało zaledwie 2037 Niemców. Łącznie w latach 1946–47 z Kotliny Jeleniogórskiej przesiedlono ponad 108 tysięcy osób. Operacja przebiegła sprawnie, a starosta Wojciech Tabaka – główny organizator – został doceniony przez niemieckich duchownych i przedstawicieli społeczności, którzy w liście pożegnalnym podkreślili brak przypadków złego traktowania przez MO i ORMO.

Artykuł powstał na podstawie tekstu Dariusza Bednarczyka „W oczekiwaniu na wysiedlenie. Sytuacja ludności niemieckiej w Kotlinie Jeleniogórskiej w latach 1945 ‒ 1947″

oprac. Marek Mozołowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *