Wyjazd w Tatry w 1870 roku – jak to było
Najpożądańszém do wycieczek górskich jest towarzystwo złożone z osób wesołych i wytrwałych bez wygórowanych żądań rzeczy niepodobnych
Kto się chce wybrać w Tatry, niech się gotuje do podróży choćby i w słotny czas, ale tak, żeby zaraz z zaświtaniem pogody ruszać w drogę; wszelkie obmyślanie rekwizytów do ubrania, czy dla żołądka, czy dla naukowych studyj lub zabawy robić zawczasu, aby czego nie zapomnieć przy śpieszném zbieraniu się.
Czas najstosowniejszy bywa od początku Lipca do połowy Sierpnia, bo dzień długi i góry z zaludnionemi szałaszami, przytem pora gorąca letnia czyni zwiédzanie wierchów dogodném.
Skoro się już postanowiło jechać w te cudowne Tatry, do czegóż się najprzód wziąć, aby podróż uczynić sobie najprzyjemniejszą? Naturalnie do złożenia lub obmyślenia sobie towarzystwa dobranego, bo to nieraz stanowi podstawę przyjemnych lub nieprzyjemnych wypadków i powodzenia wycieczki. A więc zbierać grono podróżników, rachując, iż połowa nie dotrzyma słowa, bo ten zasłabnie, owemu okoliczności nieprzewidziane przeszkodzą, tego interesa gdzieś indziej powołają, ów znowu pojedzie, ale na przyszły rok i t. d. tak, że w przeddzień odjazdu jeszcze nie można być pewnym wszystkich. Do podobnej wyprawy każdy zabrać się może, bo stosownie do swoich sił lub wieku urządzać się przychodzi w górach z wycieczkami. Silniejszym wszędzie droga otwarta, czy w doliny, czy na szczyty, na najdziksze wierchy, na strome skały; słabszym zostają do zwiédzenia dostępniejsze góry, piękne doliny z wszystkiemi czarami urody. Ludzie dla nauki w góry dążący najwięcej odnoszą korzyści, podróżując w małem gronie dwóch lub trzech osób i to stosownie usposobionych; zwiedzający zaś dla ciekawości lub przyjemności dzielić się powinni na towarzystwa czysto męzkie lub z kobietami, bo od tego zależy całe urządzenie wycieczki. Grono mężczyzn, choćby z jedną kobietą, musi się ze wszystkiem do niej stósować, uważać na wybór drogi, noclegu i inne okoliczności, co tej płci przysługują, a zatem większość staje się poddanką mniejszości, co naturalnie swobodę tamuje. Co innego bywa gdy towarzystwo liczne z obojej płci zebrane, choćby i z dziećmi większemi, wówczas mężczyzni oddani na usługi słabszych istót, innych przyjemności doznają w zamian za swoją troskliwość o wygody w podróży.
Liczba osób od 5 lub 6 do 10 najdogodniejszą jest do wycieczki w Tatry tak dla materyjalnych, jak innych przyczyn, rzekłbym wszakże, że w mniej licznem towarzystwie jest się swobodniejszym, więcej panem swego czasu i wygody w każdem względzie więcej. Wprawdzie w liczniejszem gronie osób w najbardziej przerażających swoją dzikością miejscach czuje się każdy śmielszym, uciążliwość dróg maleje, a odległości się krótszemi wydają. Jednak towarzystwo złożone z więcej niż 10 osób natrafia na wielkie niedogodności w dostaniu potrzebnej żywności lub w pomieszczeniu się na noclegu. Liczniejsze grono podróżujących udawszy się na całodzienną, czasem na dwu lub trzydniową wycieczkę, z stałego miejsca pobytu, chcąc się posilić wraz z przewodnikami i to częściej niż zwykle przy dobrym apetycie, jak w górach, znacznych potrzebuje zapasów chleba, mięsa i innych żywności, a do szałasu przyszedłszy, stósownej ilości mléka, séra, masła; zatém na małą liczbę żołądków łatwiej wszystkiemu podołać, a przewodników, którzy prócz zapasów żywności jeszcze cieplejsze odzienie gości dźwigać muszą, mniej się ojucza.
Najpożądańszém do wycieczek górskich jest towarzystwo złożone z osób wesołych i wytrwałych bez wygórowanych żądań rzeczy niepodobnych w naszych górach bez wszelkiego komfortu cywilizacyi nowoczesnej. Wszelkie przykrości górskich wycieczek np. zmoknienie do suchej nitki, improwizowany z potrzeby nocleg pod gołém niebem, zaradzenie przeciw zimnu nagle czasem zaskakującemu, to wszystko humor i dowcip zdoła poskromić, śmiechem i żartem zaprawione w uciechę zamienić.
Obojętnych na piękności natury, jadących tylko w Tatry dlatego, aby sobie powiedzieć mogli, że tam byli, najbardziej wystrzegać się należy, bo tacy każdą niewygodą zrażeni narzekają, a narzekając zatruwają atmosferę całego towarzystwa. Mieć zaś w towarzystwie kogo z uczonych i dobrze z miejscowością obeznanego, nader jest pożądaną rzeczą, bo taki zwróci uwagę na niejedną rzecz ciekawą i objaśni niejedno, czego trudno wymagać po przewodniku.
Gdy się już ma dobrane towarzystwo, obiera się jednego z pomiędzy siebie gospodarzem, któryby pełnił swój urząd z całą gorliwością. On obmyśla żywność, zamawia przewodników, urządza wycieczki, płaci za wszystko, a potem ogólny rozchód dzieli na części stósowne do pokrycia na każdego przypadające.
Furmanka.
Furmanki do Tatr szukać trzeba góralskiej z tamtych stron. Bywają dwojakie jednokonne z małémi wózkami na dwie osoby i dwukonne na cztery. Takich wózków góralskich odszukać można łatwo w Krakowie w dnie targowe, na których górale w lecie z samego Zakopanego dostawiwszy żelaza lub odwiózłszy kogo, napowrót ubiegają się, aby gości zabrać, jest to bowiem zarobek dla tych ubogich ludzi bardzo pożądany. O taką góralską okazyją z Zakopanego najlepiej się dowiadywać w Krakowie na Kazimierzu u Frölicha, kupca żelaza, którego skład hurtowny zasilają kuźnice Zakopiańskie.
Dla pewności jednak można przez kogo znajomego zamówić sobie w Zakopaném potrzebną podwodę; za jednokonny wózek płaci się 5 gld.[1] i wszystkie myta; za dwukonny 10 gld. również z opłatą mytowego. Godzić się trzeba wyraźnie z góralami z wyszczególnieniem wszystkiego, aby po przybyciu na miejsce przy płaceniu należytości nie mieć sporów z łakomym tym ludem, a czasem jeszcze nawet w drodze znachodzą się nieporozumienia wynikłe z niedokładnej umowy.
W braku podwód z Zakopanego lub z najbliższych Tatrom osad, jak z Szaflar, Białego lub Czarnego Dunajca, Poronina, Chochołowa, i t. d. najmuje się wózki z końmi od gorali z Beskidów do Krakowa, z gontami, wyrobami drewnianemi, lub drzewem budulcowém przybyłych, godząc się z niemi o dowóz do samego Zakopanego. Oni tylko jednak znają drogę do Nowego Targu, a o dalszą dopytywać się muszą. Także trafiają się furmani do Szczawnic, ci także chętnie się wynajmują do Tatr, bo tam drogę dobrze znają, wożąc gości czyniących wycieczki z kąpiel do Zakopanego.
Kto sobie życzy mieć ochronę od deszczu, może przy zamawianiu podwód z Zakopanego polecić sobie wózki z nakryciem. Są to obręcze poprzyczepiane do literek wozu, i powleczone grubém płótnem, lecz radzę to tylko czynić w czasie słoty, bo w pogodę jazda w góry pod nakryciem jest nieprzyjemną.
Siedzenia na wózku dobrze wysłać i ułożyć trzeba, bo mając przed sobą długą drogę, wielce wygoda od strudzenia chroni. Wszystko, co się z sobą bierze, bardzo trzeba starannie ułożyć i opakować, aby w czasie długiej jazdy, często po złej drodze, czego nie uszkodzić, lub nie uronić.

Wyjazd do Tatr
Kiedy się już wszystko ma złożone i do drogi przysposobione, wczas z Krakowa wyjeżdżać trzeba; im wcześniéj tém lepiej, raz iż droga bezustannie się wspina w górę, uniknie się więc skwaru i kurzu południowego, przybywając prędzej do doliny Raby, a potem bez zbytecznego pośpieszania i gnania lichych koniąt góralskich. jeźli się niemi jedzie, na nocleg zdąża się do Lubnia lub Zaborni, gdzie jedyne karczmy w tej drodze, w których się po ludzku przespać i pożywić można. W Rzeczowie[1], wiosce tuż zaraz za Lubniem. wystawiono r. 1868. nową, porządną karczmę z gościnnemi pokojami, lecz z doświadczenia nic o niej powiedzieć nie mogę.
O różnych porach wyjeżdżałem już z Krakowa, czasem nawet przed samym wieczorem, dla tego mi przychodziło nocować w różnych miejscach, lecz radzę wyjeżdżać rano, a to im wcześniéj tem lepiéj, bo wówczas przebywa się za dnia drogę, która już od Myślenic poczyna być piękną, a przed zachodem słońca staje się na grzbiecie Beskidów na Luboniu, zkąd cudowny widok nagle się podróżnemu ukazuje na zachód i południe; nacieszyć się jest czas tym widokiem i dojechać w porę do Zaborni na nocleg. Na drugi dzień wczas rano, najpóźniej koło 6tej godziny wyruszywszy daléj, staje się w Zakopaném popołudniu koło 4tej godz., a zatém bardzo dogodnie, aby sobie wyszukać mieszkania, jeźli się go nie ma zamówionego, zaraz się sprowadzić, urządzić, wyspać z dwudniowej prawie jazdy i odświeżyć na pierwszą wycieczkę w góry w następnym dniu.
Droga z Krakowa do Zakopanégo.
Część I. Z Krakowa do Myślenic.
Z niewypowiedzianą roskoszą siadałem i siadam zawsze na wózek puszczając się w Tatry, bo to podróż pełna uroku, rozmaitości, że choć się tak długo tam wléc przychodzi, czas schodzi w drodze prędko i bardzo przyjemnie.
Minąwszy most na Wiśle stajemy na Podgórzu, niegdyś przedmieściu Krakowa, po rozbiorze zaś Polski, gdy Wisła stała się granicą austryjacką, Podgórze wyrosło na miasteczko. Cesarz Józef II. chcąc Kraków zniszczyć materyjalnie, nadał Podgórzowi przywiléj wolnego handlu wraz z nazwą od swego imienia Josephstadt, lecz się to nie utrzymało, chociaż miasteczko to stało się stekiem germanizmu, z którego się teraz ledwie zaczyna otrząsać. Po oderwaniu się od kościoła Bożego Ciała na Kazimirzu powstała tu nowa parafia r. 1782., lecz nabożeństwo dla braku kościoła odprawiano w kaplicy św. Bartłomieja w Ludwinowie, sąsiedniej wsi nad Wisłą naprzeciw Wawelu, do r. 1810., nim stanął nowy kościół w stylu urzędowym na Podgórzu.
Wzgórza łyse okoliczne zowią Krzemionkami, a na nich w stronie wschodniéj jest mogiła Krakusa (847 st.[1]) usypana przez lud dla założyciela Krakowa. Dziś wszędzie tu pobudowali Austryjacy fortyfikacyje, któremi bardzo oszpecili piękne otoczenie Krakowa.
Pierwszą wsią za Podgórzem jest Borek Fałęcki z fabryką stearyny, ale dziś upadła. Tu się myto opłaca.
Daléj jadąc o milę od Krakowa na wschód gościńca widać mocno zabudowaną osadę Szwoszowice, kopalnie i kąpiele siarczane. Następuje wieś Opatkowice, potem Libiertów (dwór 914 st.[2]) i Gaj z kościołem parafialnym z r. 1662. wybudowanym w miejsce starożytnego drewnianego kościółka z 13. wieku. Tu się wychował sławny jenerał Józef Bem, gdy ta wioska była własnością jego rodziców.
Wjeżdża się potem na pierwszy większy garb karpacki na Mogilany (1273 st.[3]). Tu patrzeć trzeba przed i za siebie; od północy zalega całą przestrzeń dolina Wisły z poważnym w niej Krakowem, którego wieżyce, wspaniałe świątynie i majestatyczny Wawel bardzo uroczo się wznoszą wśród zielonych pól okolicznych wiosek. Od południa zupełnie inny czeka nas krajobraz, świat górski roztacza się przed nami w całej okazałości. Wzgórza ustrojone w gaje, lasy, orne pola piętrzą się jedne nad drugiemi, a nad niemi królowa całego tego pasma Beskidów Babia Góra (5448′[4]) wznosi się bardzo rozłożysto z pobielałym nieco szczytem od śniegu. Poprzed nią sterczą na górze zwaliska starożytnego Lanckorony, a trochę daléj pod lesistą górą błyszczą mury Kalwaryjskiego klasztoru OO. Bernardynów, miejsca słynnego z obchodów odpustowych. Wodząc wzrok daléj na południe spotkamy się z Tatrami, które stąd się gdzieś bardzo oddalone wydają.
Mogilany są bardzo dawną osadą; początek jej niewiadomy. W aktach są wiadomości o istnieniu tu kościoła w r. 1440. zapewne drewnianego, gdyż murowany zbudował Mikołaj Borek w roku 1605. dziedzic Mogilan.
Ztąd zjeżdża się bardzo bystro na dół gościńcem wśród domostw prowadzących ku zachodowi, z którego zbaczamy na południe po ujechaniu pół mili[5]. Z głównego gościńca, co wiedzie przez Krzywaczkę do Izdebnika, Kalwaryi i Wadowic, oddziela się droga boczna, którą przez Głogoczów, Krzyżkowice i Jawornik wyjeżdża się znowu na gościniec podgórski prowadzący z Izdebnika przez Myślenice i Gdów do Bochni, niegdyś bardzo uczęszczany, dziś dla żelaznéj kolei pusty, chyba tylko w dzień jarmarku w Myślenicach, w Lanckoronie lub w przeddzień i sam dzień targów krakowskich ożywiony. — Pierwszą wsią na téj bocznéj drodze jest Głogoczów z kociołem r. 1812. wymurowanym (900′[6]) na miejcu starego drewnianego z 15. wieku.
Minąwszy Głogoczów, potem Krzyżkowice, przybywa się do Jawornika. gdzie się schodzą gościńce. Kościół tutejszy drewniany jest bardzo stary w r. 1305 wystawiony (929′[7]), lecz późniéj zmianom uległ, o czém świadczy dzisiejsza jego struktura.
Pomieniona droga przez Głogoczów mimo myta w Jaworniku jest zła, zwłaszcza w czasie słotnym; są miejsca tak nagłe, że tylko z wielkiem wysileniem koni na nie się wydostać można, a z strachem się z nich zjeżdża.
Wyjechawszy na wzgórza za Jawornikiem widać naokół rozległą okolicę z licznemi wsiami, z pomiędzy których odznaczają się Świątniki Górne. Kościół tutejszy o dwu wieżach swojem położeniem króluje okolicy. Osada ta powstała w końcu 14. wieku, gdy królowa Jadwiga rozdała osadnikom pola z obowiązkiem obsługiwania katedry krakowskiej po czterech przez 14 dni naprzemian. Oddanie osady téj na usługi świątyni było powodem nazwania jéj Świątnikami. Obowiązek tak dawno zaciągnięty ściśle pełnią do dziś dnia Świątniczanie, chociaż ich do tego nikt nie zniewala, pobierając tylko małe wynagrodzenie z funduszów katedralnych. Trudnią się oni dziś ślusarstwem, wyrabiając powszechnie znane świątnickie kłótki, zamieniwszy dawne swe rzemiosło płatnerskie, t. j. wyrabiania pancerzy i broni siecznéj na ślusartwo.
Odznaczają się od innych wiosek nietylko powierzchownością nagromadzonych domostw na sposób miasteczka, lecz i patryjotyzmem i przywiązaniem do świetnej przeszłości narodowej, co ich wyróżnia od obałamuconego naszego ludu wiejskiego. Świątniczanie r. 1845. zbudowali własnym kosztem ze składek u siebie murowany kościół z dwoma wieżami na cześć Śgo Stanisława, biskupa krakowskiego, a w r. 1846. ufundowali swoje probostwo oddzielne od Mogilan dokąd dotychczas do parafii należeli.
Jadąc dalej zbliżamy się do gór, u stóp których rozłożyły się Myślenice. Po wschodniej stronie wznosi się góra Uklejna z szerokim jasnym pasem wyciętego lasu sprzedanego przez magistrat na pokrycie zbyt wysokiéj pożyczki rządowéj niby dobrowolnéj. Naprzeciw niéj od zachodu sterczy góra Dalin (1601′)[8], a między temi wzniesieniami jest szczerba, którą tworzy dolina Raby.
Wreszcie po półmilowej drodze od Jawornika wjeżdża się prosto w rynek Myślenicki, jakby z pieca na łeb, bo gościńce tutejsze są arcydziełem nierozsądku, a nie sztuki inżynierskiéj. Gdzie po drodze najwyższa była góra, tam przez jéj wierzch prowadzono gościniec; wsie rozsiane po dolinach zostawiono na boku, aby nietylko ci ludzie z dróg tych najmniejszy mieli pożytek, ale aby zarazem drzewo i kamienie potrzebne do naprawy drogi jak najdaléj w górę wywłóczyć. W ogóle jest to temat, o którym wiele ale z niesmakiem dałoby się mówić, a podróżny łatwo się o tem przekona, zwracając w tym względzie uwagę na drogę, którą jedzie.
Myślenice, miasteczko rozłożone nad ujściem Bysinki do Raby, 4 mile[9] odległe od Krakowa (rynek 981′[10]), liczy ludności przeszło 2000, ma swój sąd, magistrat, szkołę główną założoną r. 1785. Zwykle się tu popasa, zatem jest czas, aby co zjeść i miasteczko z wierzchu obejrzeć. Gawronów, jak zwykłe w małych miasteczkach, nie brakuje; wyścibiają głowy, wytrzeszczają oczy na podróżnych, wdają się z furmanem w rozgowory, aby się dowiedzieć, co to za jedni, zkąd i dokąd jadą, ledwo że nie rachują, ile się razy ruszyło ustami przy spożywaniu żywności. Na każdym spoczynku trzeba uważać na snujące się koło wózków indywidua, co lubią wprowadzać w życie zasady komunizmu.
Dawniej już istniała wieś Myślenice; na miasteczko zamienił ją król Kazimirz W., a odsprzedawszy je w r. 1342. dwom mieszczanom wielickim Hinkom z wszelkiemi przywilejami miejskiemi, nadał im wolność handlu i czasowe uwolnienie od czynszów. Sądy przeszły pod władzę sołtysa, a tylko na tak zwane Wielkie sądy zjeżdżał odtąd trzy razy przez rok delegat kasztelana krakowskiego. Na mocy tego prawa niemieckiego mieszczanie Myślenic wyszli zpod władzy wojewody. Król Władysław Jagiełło r. 1424. z swoim orszakiem powitał w Myślenicach Zygmunta, cesarza niemieckiego, z żoną swą Barbarą zaproszonego na koronacyję właśnie poślubionej przez Jagiełłę Zofii, księżniczki kijowskiej.
W kilkadziesiąt lat później stały się Myślenice łupem zgrai żołdaków, którzy roszcząc sobie pretensyje do skarbu państwa za usługi w czasie wojny przeciw Krzyżakom wyświadczone, puścili się na rozbój. Z różnych narodów wyrzutki pod wodzą braci Jana i Kawki Świébowskich przed dwa lata poprzednio łotrując po ziemi Oświęcimskiéj, przenieśli się r. 1457. w okolice Myślenic, zajęli miasteczko i obwarowali się na górze Wapiennéj niedaleko Dobczyc. Do nich przyłączył się Janusz, książę Oświęcimski, co w r. 1453. sprzedane swoje księstwo królowi Kazimirzowi Jagielończykowi chciał napowrót zagrabić. W Sierpniu i Wrześniu oblęgało ich wojsko, lecz napróżno; zdobyć się ich nie udało, bronili się do upadłego, nawet w braku pocisków rozebrali kociół myślenicki na materyjał w tym celu. Następnego roku gdy podszedłszy pod miasto, spalili je, wtedy dworzanie królewscy z Krakowa uderzyli na tę zgraję, trochę ich połapali, łupy odbili, lecz reszta rozpierzchła się po lasach. Dopiero r. 1459. na sejmie Piotrkowskim uchwalono wypłatę zaległego im żołdu, i polecono uskromienie tego łotrowstwa nowemu staroście krakowskiemu Mikołajowi Pieniążkowi, który po dobréj woli z żołdactwem zbuntowanem się ułożył. W skutek tego zamki swe poddali, jeden na Wapiennej koło Myślenic, drugi na Żebraczej górze pod Oświęcimem, a król kazał je zburzyć.
Stary zamek Myślenicki obronny zniszczał, gdy w końcu 16 wieku nazywano nowym zamkiem dwór sołtysa. Miejsce dziś zwane Zamczyskiem w lesie mieści fundamenta i piwnice starego zamku.
Kościołek Matki Boskiej był pierwotnie parafialnym do r. 1543, nim nowy wybudowano, który runął, a na jego miejscu w stylu zepsutym stanął dzisiejszy kościół. Książe Jerzy Zbarawski r. 1590 z Wenecyi przywieziony obraz Matki Bożej tu podarował, który później cudami zasłynął. Na ten obraz zbudował kaplicę Stn. Koniecpolski, Hetman W. Koronny. W r. 1658 Szwedzi zniszczyli Myślenice, przy czem przepadły akta i dokumenta miejskie i kościelne.
W r. 1557 Jordan Spytek z Zakluczyna, kasztelan Krakowski, darował Myślenice wraz z wieloma wsiami kasztelanii krakowskiej i były jej własnością do rozbioru Polski, kiedy te dobra otrzymała Franciszka Krasińska, żona księcia Karola, syna Augusta III.
Dawniej Myślenice rozciągały się więcej ku południowi ponad samą Rabą, lecz z powodu jej wylewów zabudowano się w stronie przeciwnej ku Bysinie.
Tutejsi mieszczanie nie dopuszczali nigdy osiedlania się żydów, co odznaczało Myślenice od innych miasteczek polskich przepełnionych tym żywiołem handlowym. W ostatnich jednak latach pomimo różnych awantur, potrafili się tu żydzi wcisnąć, osiedlić i wzrość niesłychanie szybko; bo kiedy w r. 1856 było ich tylko 43, to już 1859 sięgli liczby 590 w samych Myślenicach.
Koło smętarza jest kościółek murowany pod tytułem Matki Bożej.
Część II.
Od Myślenic do Nowego Targu.
Dolina Raby, Beskidy.
Z Myślenic uliczką wązką przeciwległą tej, którąśmy wjechali, puszczamy się przez przedmieście Stradom w dolinę Raby, która jadącego w Karpaty uderzy swoją pięknością, lecz wracającego z Tatr nie zachwyci; wszakże zawsze kilka godzin jazdy potrzebnych na przebycie tej doliny aż do wsi Lubnia nader mile schodzi obok bystrej, szumnej Raby wśród gór sięgających 3000 stóp[1].
I tak w jeździe ku Tatrom po minięciu Myślenic na południe wprost na tle nieba rysuje się trójkątna góra Strzebel (3087′[2]), po stronie wschodniej najbliżej nas Stróża (2048′[3]), dalej Kotoń (2815′[4]) naprzeciw Pcimia, a Kicora (2293′[5]) naprzeciw Lubienia. Od zachodniej zaś strony mniej się gór widzi, bo droga wiedzie ich podnóżem, a dopiero za Lubniem odsłaniają się wyraźniej wzgórza, ale nie piękne, bo odarte z lasów. Za Myślenicami od zachodu wznosi się Sularzowa (1954′[6]), która tworzy północną ścianę doliny Trzebunki: następna gora ponad Pcimiem zowie się Pękałówka (2656[7]) zamykająca od południa dolinę Trzebunki. a od północy dolinę Łętówki. Trzecia góra Zębałowa (2713′[8]) ponad Lubieniem towarzyszy nam w drodze doliną Krzeczówki.
Wsie w dolinie Raby ludne, bardzo rozlegle, rozrzucone po jednym i drugim brzegu Raby wieszające się często po urwiskach górskich, towarzyszą jadącym, a od zachodu mruczą strumienie z poprzecznych dolin do Raby płynące. Dojeżdżając do Stróży, widzimy z roztwartej doliny płynącą Trzebunkę ze wsi Trzebuni ztąd milę[9] odległej.
Stróża (koło mostu 957′[10]). wieś długa, rozłożona po obu brzegach Raby, ciągnie się prawie od samego Pcimia. wsi następnej (1075′[11]) gdzie na wzgórzu stoi kościół r. 1338 fundowany. ale na nowo zdaje się w 17. wieku zbudowany.
Ztąd o ćwierć mili znowu napotykamy ujście doliny i potoku Łętówki do Raby. Następuje potem pół mili dalej wieś Lubień rozłożona przy ujściu doliny, którą nas droga ku Tatrom prowadzi ponad potokiem Krzeczówką, nazwanym tak od wsi Krzeczowa; wpada on pod Lubniem do Raby (1115′[12]).
Przed Lubniem dawniej trzeba było Rabę dwa razy przejeżdzać, co wcale nie było pożądane z powodu bystrego prądu wody i dna z grubych kamieni złożonego. Lada większy przypływ wody czynił tę przestrzeń drogi nieprzebytą i dopiero r. 1867 przejeżdżałem gościńcem ukończonym bez przebywania Raby. Droga z Myślenic do Pcimia nie należy do dobrych, jest wąska, kamienista i wiesza się po stromych garbach nad samą Rabą, które wszędzie już dawno obniżyć należało. Od Pcimia poza Lubień kawałek dopiero od dwu lat lepszą zrobiono drogę; przez górny zaś koniec Lubnia i Krzeczów była dawnym u nas zwyczajem zła i źle prowadzona.
Raz góral wiózł mnie inaczej, niż się zwykle jeździ, t. j. zamiast przez Lubień puścił się doliną Raby przez Mszanę i Rabkę, mijając tym sposobem ciężką drogę przez Luboń (2746′ szczyt niższy[13]) i wyjechał na gościniec Nowotarski koło Zaborni.
Nim się dojedzie do Lubnia, Strzebel wierch, który nam wprost od południa zdawał się drogę tamować, wstępuje na wschód, a najwyższy w tem całem paśmie Wielki Luboń (3233′[14]) rozkłada się szeroko.
Wjechawszy do Lubnia, ponad którego domkami wznosi się czerwono pomalowana wieżyczka kościelna, przebywa się przed karczmę przypadkowo niezamieszkałą przez żydów, gdzie się można jako tako posilić i przespać, ale z pomocą proszku perskiego na owady. Czas jakiś można było tutaj, jak mię zapewniano, być narażonym na gburowate obejście się. Odkąd zaś gospodarz tej karczmy należy do budujących gościniec Niemców, karczma ta jest stekiem germanizmu, co w tych stronach zwłaszcza bardzo razi ucho. Propinacyja[15] tutejsza jest przywilejem proboszcza.
Kościół w Lubieniu drewniany ufundowany był r. 1363, lecz dzisiejszy jest późniejszych czasów zabytkiem; był on filią do Pcimia do r. 1633.
Gdy noc niedaleko, trzeba się tu obliczyć z czasem, bo do Zaborni jeszcze spory kawał, przeszło dwie mile, a w całej odtąd drodze nie napotyka się już stosownej karczmy do noclegu. Jest jeszcze wprawdzie o milę[16] ztąd w następnej wsi Krzeczowie nowa karczma. lecz nie umiem nic o niej powiedzieć, gdyż mi nie przypadło w niej na noc stawać.
Po minięciu Krzeczowa wjeżdża się w pustą na okół okolicę, i w jakimkolwiek wypadku pomocy znizkąd spodziewać się nie można, a najbliższa karczemka na górze (2167′[17]) należąca do wsi Naprawy odosobniona, licha, z jedną izbą gościnną niczem podróżnemu służyć nie zdoła, a nadto zaufania żadnego nie wzbudza.
Z Lubienia wzdłuż doliny Krzeczowskiej droga prowadzi zboczem od południa ponad potokiem. Pół mili[18] dalej skręcamy się ku południowi koło właściwego potoku Krzeczówki, nowo zbudowanym, r. 1869 ukończonym gościńcem, zdążając przez wieś Krzeczów jeszcze pół mili aż do stóp Lubonia Małego. Tu się po moście przebywa potok i od razu pod górę lasem wlec się trzeba wśród bezludnej okolicy na grzbiet Lubonia Małego aż do owej karczemki samotnej, gdzie właśnie jest połowa drogi z Krakowa do Zakopanego, a z Myślenic 3½ mili[19] (2167′[20]). Tu dobrze dać koniom wytchnąć, a samemu napoić się widokiem ztąd naokół rozległym i tak czarownym, że podróżni zawsze w pamięci mają to słynne panorama z Lubonia. Tu po raz pierwszy ukazują się Tatry w całej okazałości, ale najczęściej kryje je mgła albo w chmurach giną wierzchołki.
Na prawo od Zachodu wznosi się królowa Beskidów, Babia Góra (5448′[21]), lecz w innym tutaj przedstawia się kształcie aniżeli z Krakowa, bo tu z boku widziana przedstawia trójkąt równoramienny. Poniżej widać gromadę domostw, to miasteczko Jordanów; dalej góry maleją odsłaniając szereg skalistych olbrzymów barwy niebieskiej, które znającemu dobrze Tatry dadzą się ztąd odróżnić i szczyt po szczycie wymienić. Na lewo zaś od wschodu zakrywa widok wierch Lubonia. Gościniec ztąd widoczny zowie się karpackim i wiedzie z Nowego Sącza do Jordanowa.
Zjeżdżając z Lubonia mija się kościółek Śgo Sebastyjana zbudowany r. 1550 przez Jordana Spytka, Kasztelana Krakowskiego, na gruncie wsi Skomielnej Białej przez niego osadzonej nad potokiem tegoż imienia. Kościołek ten był wprzód filiją do Łętowni, a potem do Rabki przyłączony, gdy tu znowu r. 1557 Spytek kościół ufundował. Z pierwotnego jednak kościoła Ś. Sebastyjana pozostała tylko figura tego świętego w ołtarzu, bo kościół przez czas podupadły odbudował r. 1776 Wojciech Olechowski, organista i radca nowotarski, swoim i parafijan kosztem.
Gdy Cystersi z Ludźmierza mimo nadanego im przywileju nie dbali o karczowanie lasów i osadzanie ludźmi, wtedy ów Jordan Spytek postarał się o odebraniu Cystersom tego przywileju i sam się wziął do czynu, czego owocem są wsie Skomielna Biała, Rabka i Łętownia przez niego osadzone. Spytek Jordan zmarły r. 1568 ma piękny olbrzymi pomnik w nawie południowej kościoła Ś. Katarzyny w Krakowie.
Minąwszy kościołek Ś. Sebastyjana, jadąc prawie ciągle z góry, dojeżdża się do miejsca, w którem krzyżuje się gościniec górski z Jordanowa do Sącza z gościńcem Myślenicko-nowotarskim. Miejsce to zowie się Krzyżówką. Jest tu karczma, nocleg jaki taki, stajnia dobra; tu jest połowa drogi z Myślenic do Nowego Targu — na obie strony 3¾[22] mili.
Następuje Zabornia, punkt przecięcia się znowu gościńca górskiego Nowotarskiego z odnogą drogi oddzielającej się przed Rabką, która przez Spytkowice na Orawę do Węgier prowadzi. W tej tu karczmie są dwa pokoje gościnne porządnie urządzone, łóżek i kanap kilka, ale proszek perski na owady bardzo tu bywa pożyteczny. Dostanie tu kawy, herbaty, mleka, mięsa nawet, ale drogo za to wszystko trzeba płacić.
W czasie przejazdu gości do Szczawnic i z Szczawnic trudno bardzo w Zaborni o nocleg, bo dwa powyższe pokoje i w potrzebie trzeci z alkowy gospodarza urządzony nie wystarcza na pomieszczenie naraz z kilku stron zdążających gości; bywają o to zatargi, lecz kto pierwszy, ten lepszy; przeciwległa więc karczma przychodzi w pomoc, w której świeżo wyporządzone trzy izby, choć nędznie umeblowane, stoją do użytku publicznego. Jest tu także stajnia obszerna.
Kto w Zaborni chce nocować, niechaj na czas zjeżdża przed wieczorem, by zawodu nie doznał, znalazłszy wszytkie izby w jednej i drugiej karczmie zupełnie zajęte.
Roku 1868 wracając z Tatr w drugiej już połowie Sierpnia, stanąłem przed wieczorem dla popasania koni tylko w Zaborni. a sam z towarzystwem zabrałem się do wypicia kawy. Nim karczmarz starozakonny ugotował kawę, miałem sposobność studyjowania ciągnących z Szczawnic karawan najrozmaitszego składu i układu; to podreperowani wodami, co potrzebowali kuracyi, to satelici na cienkich nóżkach szukający tam zabaw, to znowu mamy z córami wożonemi dla złowienia konkurentów w miejscach kąpielnych, wracające z różnemi skutkami. a ztąd ze stosownem usposobieniem. Ciekawe to bywa, gdy jedno grono mierzy drugie oczyma, sądzą się wzajemnie z powierzchowności i nadrabiają to miną, to giestem, postawą, rozkazywaniem lub francuszczyzną.
Jeżeli wozy na resorach, służby pełno, kufrów jeszcze więcej, ubiory dziwaczne, niby podróżne, jeżeli połowę mówią po francusku, to zapewne obywatelstwo wiejskie, które z góry patrzy na wracających z Tatr wózkami goralskiemi skromnie i bez hałasu. Uśmiałem się z jakiegoś młodego arlekina, co wysiadł z powozu oszklonego, a cały był zaszyty w długą po kostki suknię wraz z pokryciem głowy i twarzy oprócz oczu i końca nosa; to znowu jakaś dama biało wystrojona zabawiała się przechadzką po stajni i koło karczmy naturalnie nie froterowanej. Powieściopisarz znalazłby tu obfite wzorki do skreślenia niejednego obrazka z zajazdu w Zaborni.
W dalszej jeździe przebywa się po moście Rabę (1525′[23]), która tu tak skromna, że trudno uwierzyć aby to tasama rzeka była, co w niewielkiej ztąd odległości już tak szumi i szeroko się rozlewa. Droga się wznosi coraz bardziej w górę; na lewo ku północy w dolinie u stóp Lubonia widać ludną wioskę Rabkę z zakładem kąpielnym wód jodowobromowych.
Za Rabą napotykamy wioskę Habówkę[24], zkąd droga wiedzie ciągle pod górę do wysokości 2200 st.[25]; ścieżką daleko się prędzej pieszo na grzbiet wychodzi. Na górze tuż przy drodze stoi bardzo malowniczo położony kościółek Śgo Krzyża wśród cienistych lip (2124′[26]). Podanie początek tego kościołka wywodzi z bardzo dawnych czasów; jakiś podróżny szlachcic tu przez rozbójników napadnięty ocalal cudownym sposobem przez zrobienie krzyża na piersiach; na cześć więc tego godła chrześcijańskiego zbudował z wdzięczności ten kościółek, który należy do parafii Rabki. Na chórze w kościele umieszczony r. 1775 jest datą odnowy i nosi też cechę tegoż wieku.
Widok ztąd prześliczny naokół, zwłaszcza na Tatry. Nieopodal stoi karczma, a droga prowadzi koło niej; wkoło lesista ciągle okolica, zanim się wyjedzie na wyższe wzniesienie na Obidową (2564 st.[27]) najwyższy punkt gościńca w całej podróży przez Beskidy. Od tego punktu tylko o 36 stóp[28] wyżej nad poziom morza leży Zakopane. Na Obidowej jest obszerna karczma tuż przy drodze.
Ztąd już zdąża się ciągle prawie na dół jezcze 1½ mili[29] do Nowego Targu. Od wschodu widać dolinę z licznemi bardzo domostwami, wśród których płynie potok; jest to wielka wieś Klikuszowa, która istniała już r. 1234; kościół ma drewniany, niewiadomo kiedy wystawiony, jest on filją do Nowego Targu. Nad zakrystyją umieszczony rok 1753 jest zdaje się datą jakiejś odnowy.
Po moście przebywa się Klikuszówkę, która pod Ludźmirzem wpada do Czarnego Dunajca. Po zachodniej stronie gościńca ponad potokiem pośród lip mijamy tutejszy kościołek drewniany i wydostajemy się na górę, zkąd już dobrze widać Nowy Targ. Stanąwszy na przechyleniu góry ku Klikuszowej, od Obidowej jadąc, znajdujemy się już na porzeczu Dunajca.
Jednę jeszcze osadę Niwę spotkamy, nim wjedziemy do stolicy Podhala; po drodze patrzeć trzeba ku Tatrom na prześlicznie rozwijającą się dolinę Nowotarską z dwoma Dunajcami, Białym płynącym ku nam prosto zpod Tatr i Czarnym toczącym się od zachodu koło Ludźmirza. Schodzą się obadwa za Nowym Targiem, który się przed nami rozkłada z błyszczącą wieżą kościelną pokrytą białą blachą. Za nim rozciągają się w dali płaty ciemnego lasu zwanego Wielkim Borem, pośrodkiem niego wiedzie droga ku Tatrom, ale Zakopanego jeszcze ani widno, tak się ukrywa głęboko poza wzgórzami u stóp samych Tatr. Widać wszakże dobrze wschodni kraniec potężnego garbu, którego część nad Zakopanem zowie się Gubałówką, a który stromo spada ku Białemu Dunajcowi nad Poroninem.
A jeźli powietrze czyste, to ztąd rozkoszować się trzeba majestatycznością całego łańcucha Tatr, bo gdy się doń zbliżamy, zachodzą jedne szczyty za drugie i gubi się całość, gdyż na coraz wyraźniejsze dzielą się grupy.
W Nowym Targu zawsze bywa popas; są dwa domy zajezdne, na obszernym rynku murowany ratusz, na około w domach sklepy, apteka, poczta, sąd, starostwo i szkoła główna r. 1842 założona; ludności jest 3890, a w tej liczbie 200 starozakonnych. Zresztą wszystko jak w naszych bywa miasteczkach. Jedna część domów leży na północnym brzegu Dunajca Czarnego z starożytnym kościółkiem Śtej Anny; jest to jakby przedmieście Nowego Targu, zkąd przez most (powierzchnia wody 1788’[30]) po opłaceniu myta dostajemy się wjeżdżając uliczką w górę na rynek. W zachodniej stronie miasteczka koło Dunajca jest kościół farny.
Założycielem Nowego Targu jest Teodor hrabia na Ruszczy zwan Cedro, wojewoda Krakowski, który uzyskawszy królewski przywilej r. 1204 na karczowanie lasów nad Dunajcem i osadzanie ludnością, założył kolonije Ludźmirz i Nowy Targ. Po zbudowaniu klasztoru Cystersom w Ludźmirzu nadał im r. 1238 osadę Neumarkt, zdaje się niemiecką. Dopiero król Kazimierz W. założył tu kościół r. 1343, a nadanym przywilejem r. 1346 Teodorykowi zwanemu Sija zamienił osadę tę na miasto z wszelkiemi przywilejami do tego przywiązanemi, mianując owego Siję dziedzicznym wójtem w Nowym Targu, mieszczan zaś jadących z towarami do Krakowa uwolnił od cła.
Król Olbracht nadał magistratowi Nowotarskiemu r. 1493 prawo patronatu. Król Zygmunt I. przywilejem r. 1535 polecił prowadzenie towarów z Węgier i do Węgier tylko przez Nowy Targ, a Zygmunt August pozwolił r. 1549 od prowadzonych towarów pobierać cło, opłatę zaś jego uregulował osobnym przywilejem r. 1559.
Zygmunt III. ustanowił tu r. 1630 skład soli i ołowiu. Następni wszyscy królowie potwierdzili bez wyjątku wszystkie przywileje tego miasta.
Roku 1655 Szwedzi wyparci z Sącza pustosząc Podtatrze, spalili w Nowym Targu kościół farny, który odbudowany znowu uległ pożarowi r. 1794, a po zrestaurowaniu przybrał dzisiejszą nowoczesną formę.
W ołtarzu na zasuwie jest piękny obraz Śtej Katarzyny malowany przez słynnego artystę, księdza Bernardyna Franciszka Leksyckiego w 17 w., lecz dziś popsuty restauracyją. Wspomniany poprzednio kościołek modrzewiowy Śtej Anny przed mostem nad gościńcem jest zbudowany r. 1219 przez nawróconych rozbójników, którzy według podania obraz św. Anny gdzieś na Węgrzech skradli i tu go umieścili. Starożytną tę świątynię odnowiono r. 1772.
Część III.
Z Nowego Targu do Zakopanego.
Dolina Białego Dunajca.
Gościniec bity kończy się z wjazdem do Nowego Targu, odtąd droga choć prosta i równa, ale kamienista, mosty prawdziwie na Bożej łasce stojące przeprowadzają nas kilka razy przez Dunajec Biały, nim się do Zakopanego dostaniemy, a przed sobą mamy błękitną zaporę, która się granicą świata wydaje; oczy tu nas łudzą, bo trudno uwierzyć aby ztąd do Tatr jeszcze 3½[1] mili drogi było. Im bliżej, tem więcej Tatry olbrzymieją, nabierają barwy ciemniejszej i ukazują rozpadliny wśród siebie tu i owdzie płatami śniegu pokryte.
Pierwszą wsią na tej drodze są Szaflary, osada założona przed r. 1234, gdyż w tym roku nadaje ją już jako istniejącą Cystersom w Ludzmirzu Teodor Cedro, wojewoda Krakowski. Księża ci dla obrony posiadłości klasztornych zbudowali obronny zamek, który już r. 1251 istniał. Za króla Ludwika opat Begis wypuścił ten zamek w posiadanie jakiemuś przechrzcie, który tam bił monetę fałszywą; wtedy król polecił opatowi osadzenie fałszerza w więzieniu. Opat jednak zwlekał wykonanie tego rozkazu, a gdy się zabrał wreszcie do jego spełnienia, dzierżawca stawił opór. Zatem Sędziwój z Szubina, wojewoda Kaliski starosta Krakowski, z rozkazu króla z wojskiem pod zamek podstąpił, zdobył i do szczętu zniszczył, a fałszerza żywcem spalił. Z powodu udziału, jaki w tem zajściu miał klasztór, dobra klasztorne r. 1380 zajęto na skarb. Odtąd dzierżyli Szaflary różni dygnitarze koronni z łaski królów. W 15. wieku były Szaflary własnościa Ratulda, na którego korzyść rozsądził król Kazimierz Jagielończyk r. 1477 wszczęty o te dobra spór, gdy ten okazał do nich prawa swoje.
Murowany kościół w Szaflarach zbudował r. 1799 ksiądz Szymon Zamojski, proboszcz Nowotarski, za pieniądze znalezione po swoim poprzedniku, księdzu Józefie Sawickim. Przedtem istniał tu kościołek drewniany, bo są o nim wiadomości z r. 1651.
Minąwszy dwór (1961′[2]) potem skałę z altanką, gdzie stał ów zamek, widać dwa wierchy piramidalne (2165′[3]) po zachodniej stronie drogi; jeden z nich czy całe to pasemko zowie się Raniszbergiem (2277′[4]) od pobitego przez naszych i tu poległego pułkownika szwedzkiego. Kościół farny jest po wschodniej stronie Dunajca Białego, który się tu po moście przebywa. Wieś Szaflary jest duża, liczy przeszło 1000 dusz. Wyjeżdżając z niej znowu się Dunajec przebywa po moście zbudowanym r. 1869 w Grudniu. Przez półtrzecia[5] roku przejeżdżać tędy trzeba było wpław, wrazie zaś choćby małego wezbrania wody przejazd tędy stawał się niemożliwym i musiano go szukać po ubocznych drogach przez Bańską, którędy nietylko koniom bardzo przykro było ciągnąć, ale i jadący narażali się na każdym kroku po najniegodziwszej drodze.
Nie bardzo pochlebne daje to wyobrażenie o władzach Nowotarskich, jeźli przez kilka lat patrzały obojętnie na brak mostu na głównej drodze, aż go wkońcu kazał wystawić własnym kosztem Adam Uznański, właściciel dóbr.
Potem niedaleko napotykamy Biały Dunajec (2033′[6]), wieś bardzo długą, blisko całą milę[7] ciągnącą się, ludności 1300 dusz liczącą; odtąd bez przerwy jedzie się wśród domostw aż do Zakopanego. Wsie łączą się bezpośrednio ze sobą, że tylko tablice przy drodze umieszczone objaśniają nas o końcu jednej, a początku drugiej osady. Miejscami odsłoni nam się cudowny widok na Tatry, jak n. p. z przed karczmy w Białym Dunajcu.
Połowa drogi z Nowego targu do Zakopanego przypada wśród wsi Białego Dunajca między potokami płynącemi z pod wzgórz od zachodu nad tą wsią się rozciągających.
Po przebyciu trzeciego i ostatniego mostu na Dunajcu Białym mamy jeszcze pół mili do środka wsi Poronima[8], zwanego także Bańkówką, gdzie się dzieli droga na dwie odnogi poprzed wielkim domem drewnianym, t. j. dworem Ad. Uznańskiego, właściciela dóbr okolicznych, który u ludu zyskał sobie mir z powodu zapomagania zubożałych i obchodzenia się z nim odpowiedniego godności obywatelskiej. Odnoga wschodnia wiedzie przez Mur do Bukowiny, ztamtąd do Jurgowa, do Jaworzyny Spiskiej i do Morskiego Oka, zachodnia zaś tuż koło samej karczmy prowadzi do Zakopanego ztąd tylko o milę odległego.
Poroniński kościół drewniany wystawił r. 1828 ksiądz Marcin Więckowski w miejsce dawnej kaplicy, która tu istniała od r. 1706; do r. 1834 był tutejszy kościół filiją do Nowego Targu.
Tu zaraz przejeżdża się po moście Poroniec, wielki potok wpadający do Zakopańskiego strumienia ztąd niedaleko, może o kilkadziesiąt kroków (2278[9]), tworząc odtąd jeden strumień nazwany Białym Dunajcem.
Podążając wśród domów na południowy zachód coraz bliżej Zakopanego, widzimy wynurzający się z pośród całego łańcucha Tatr szczerbaty, skalisty Giewont, który o wiele niższy od swoich towarzyszy, gdy ci się za niego kryją, on olbrzymieje i rysuje się majestatycznie na tle nieba. Giewont króluje Zakopańskiej okolicy, dla tego zowią go także Zakopańskim Wierchem.
Gdy nam się odsłoni widnokrąg ku zachodowi, minąwszy wzgórze spadzisto nad potokiem się wznoszące, rozległe miejscami w chaty przystrojone, stajemy

w dolinie Zakopanego. W pierwszym napotkanym lesie od południowej strony gościńca jest wycięta droga prosto wiodąca do kuźnic Zakopiańskich, którą zostawiamy na boku, a udajemy się już odtąd zupełnie na zachód do samego środka wsi, gdzie się wznosi mały drewniany kościołek[10], z daleka trudny do rozróżnienia pośród domostw koło niego licznie zabudowanych. Jeżeli się przybyło do Zakopanego w nocy, nie ma innej rady jak przenocować w karczmie koło kościoła, jeźli się nie ma już naprzód zamówionego mieszkania,
a na drugi dzień dopiero szukać stosownego pomieszczenia.
O wszelkie wiadomości tu łatwo, bo lud gadatliwy i usłużny, w widoku korzyści objaśni w każdej rzeczy, ale za jednego radą nie trzeba się puszczać; najlepiej zajrzeć tu i owdzie, pomówić z gospodarzami, wypytać się o to, czego sobie kto życzy za swej tam bytności, a dopiero wybadawszy zakwaterować się do domku, który zapewnie nie odstraszy podróżnego, owszem znajdzie to, czego i w biednej chacie góralskiej ani spodziewać nie było można.
Przybywszy do Zakopanego jeszcze przed wieczorem, wszystko to się da uskutecznić tego samego dnia, a podróżni gorąco kąpani, co z każdej chwili w górach chcą korzystać, zwłaszcza z pogody, jeszcze tego dnia mogą ułożyć wycieczkę do wnętrza Tatr, postarać się o przewodnika i zamówić go na rano.
ILLUSTROWANY PRZEWODNIK do TATR, PIENIN I SZCZAWNIC.
Przystanek historia Na flankach Podhala. Trudny powrót Spiszu i Orawy do Polski po II wojnie światowej