Zaduszki nad Izerą Josef Syrowatka
Z trzema ilustracjami Eduarda Enzmanna
Przez cały długi jesienny czas ciągnęło mnie w góry nad Izerę. Ale każdy wolny dzień domagał się czegoś innego. Boleśnie musiałem mu ulec i z tygodnia na tydzień przekładać wędrówkę. Już zacząłem wątpić, czy zastanę jeszcze kolorową jesień na skraju izerskich torfowisk.
Wtedy, w dniach przed Zaduszkami, tęsknota stała się nie do wytrzymania. U nas zima już zapisała swoją pierwszą zapowiedź na zboczach. Buki i brzozy pożółkły. Teraz trzeba było działać szybko.
Zaduszki już stały u drzwi. Ludzie zbierają się przy grobach swoich przodków. Czyż ja nie powinienem uczynić tego samego?
Ale z nieopisanym przymusem wołało mnie w góry, i napisałem w górę nad Izerę: „Teraz przyjeżdżam!” – a odpowiedź tylko umocniła moje postanowienie.
Nic mnie już nie zatrzymało w dniu Wszystkich Świętych. Pociąg zawiózł mnie wcześnie rano do Polubnego (Polaun), w sam środek gór. Ale jakże one na mnie patrzyły? Pokryte śniegiem, ani śladu jesiennej barwy. A więc jednak przegapiłem w tym roku izerską jesień, zmarnowaną w codziennym zabieganiu!
Prawdziwie przygnębiony wspinam się na wysokość nad Polubnym. Nagle uderzam głową w gałęzie małego drzewka. Śnieg osypuje mi się na czapkę, a kiedy spoglądam w górę – drzewko podaje mi gałąź pełną zielonych liści.
I wtedy otwierają mi się oczy. Nie tylko to młode drzewko trzyma jeszcze swą liściastą ozdobę; cała otaczająca roślinność została zaskoczona przez przedzimie tak nagle, że nie miała czasu zrzucić letnich szat. Tam z korony jarzębiny wciąż ciemnieją kiście jagód przez śnieg. A obok zbierają się brązowe i czarniawe liście, gdy tu i ówdzie zmiatam białą powłokę.
Buki wystawiają gdzieniegdzie swoje czerwone płaszcze spod zimowej peleryny; ale są już pomarszczone i nieatrakcyjne. Nawet błyszczące suknie żółtych brzóz ledwie przyciągają wzrok. Kiedy z klonów sypie się śnieg, widać tylko, jak późna jesień wycisnęła każdemu liściowi pięć kostnych palców – każdy nosi mroczne, spróchniałe ślady śmierci.
Ale cóż za cud! Jesiony wciąż noszą młodą zieleń. Te, które wiosną najpóźniej się zielenią, a jesienią pierwsze zrzucają liście – nawet one dały się zaskoczyć.
Na drodze do Wazelsbrunna śnieg leży już ponad stopę wysoko. Ale w lesie nad białym puchem płonie rude wiechlinowe ziele.
Wszędzie narastają znaki, jak zaskakująco wcześnie nadeszła ta zima. Nawet jaskółki wytrzymały dłużej niż zwykle. Leciały dopiero po święcie Narodzenia Maryi! Zeszły do dolin znacznie później.
Idąc dalej, przypominam sobie napis na domku w Polubnym: „Preußler”. Ledwie zwróciłem uwagę na to nazwisko. Jak często można je spotkać w całym rejonie górskim. Ale nagle staje się dla mnie dziwnie znaczące. W sercu czuję, dlaczego musiałem dziś przyjść w góry.
Preußler – to nazwisko panieńskie mojej babki. Pochodziła z bocznej linii starej rodziny hutników szkła, która obok Schürerów z Waldheimu i Wanderów z Grünwaldu zdobyła sobie góry, a ich niestrudzone rzemiosło sięgnęło aż po południowe stoki, nawet poza Rejdice, aż za granicę językową.
I oto mam wrażenie, jakbym widział pierwszych z tego rodu, którzy schodzą przez grzbiety w doliny nad Izerą. Las padał tam, gdzie przybywali – powstawały potężne huty szkła, a w noc rzucał swój upiorny blask szklarski piec. Szumiały młyny szlifierskie nad strumieniami, a prasy do szkła wciskały się w każdy odpowiedni zakątek.
Już dawno minąłem Wazelsbrunn, ledwie czuję śnieg pod stopami. Czuję, jakby wielu szło ze mną albo naprzeciw mnie w porannej jasności. Niewidzialni, ale słyszalni dla mojej duszy, brzęczą ciężkie wozy ze szkłem, niosące błyszczące ładunki. Mężczyźni jęczą pod ciężarem wielkich koszy. Co mnie od nich oddziela, skoro ich czuję obok siebie? Krew ich wciąż pulsuje we mnie.
Przechodzę obok samotnego domu Kobelheger. Mężczyzna wychodzi właśnie z niego, z ciężkim krokiem drwala, przechodzi pewnie przez korzenie drzew. Czy on mógłby odpowiedzieć na moje pytania? Podobnie ciężko musieli kroczyć moi przodkowie. Tak, mężczyzna ten jest z pewnością stary, ale nie aż tak, by jego pamięć sięgała setek lat wstecz.
I znów jestem sam – i nie sam – na leśnej drodze.
Dlaczego chciałem iść w góry na Zaduszki? By być blisko serca ojczyzny, na ziemi, którą praojcowie mojej babki zdobyli siłą ramion i ducha.
Ojczyzna odziedziczona po ojcach! Rozszumiała lasem i uwieńczona skałami! Chcemy cię kochać podwójnie we wszystkich burzach, chcemy cię trzymać i zdobywać przez wytrwałą, ciągle odnawianą pracę! Byśmy nigdy nie musieli śpiewać pieśni: „Nie mam już ojczyzny!”
W Małej Izerze siedzi starzec, który pamięta czasy mojego dzieciństwa. Ma 86 lat i trzyma się dzielnie. Czapka z lisa lśni mu na głowie, grube, sztywne palce uderzają o stół. Przed sobą ma szklankę i butelkę piwa. Uważnie mu się przyglądam. Czyż to nie może być jeden z tych dawnych Preußlerów?
Pytam o rodzinę. Uśmiecha się i kiwa głową. Preußlerów tu było wielu. On sam znał niejednego. Ale czy znał mężczyznę, który w 1811 roku urodził się w Małej Izerze, a w 1840 przeniósł się na zachód?
Starzec milczy przez chwilę. Potem mówi: „Mój dziad opowiadał o nim. Wyruszył stąd z żoną i czwórką dzieci. Gdzieś za Libercem osiadł. Słyszałem, że dobrze mu się powodziło. Ale potem słuch po nim zaginął.”
Kiwa głową poważnie. Potem sięga po piwo. Ja patrzę przez okno, gdzie zapada już zmierzch nad zaśnieżonym lasem. Tak kończy się moja wędrówka na Zaduszki nad Izerą – nie na cmentarzu, ale wśród duchów moich przodków, w krainie, która była ich ojczyzną.